Rzucili narkotyki, wybierając rodzinę. Historie osób, które były już na skraju narkotykowych uzależnień

Niepewne jutro. Ryzyko na każdym kroku. Rodzina i przyjaciele stają się wrogami, a narkotyk jedyną wartością. Swoje życie zbudowali na ćpaniu i przestępstwach, aż któregoś dnia wszystko zawaliło się jak domek z kart. Czasem, żeby być szczęśliwym, trzeba sięgnąć dna. Nie każdy ma tę szansę, nie każdy chce ją mieć. Myślą, że bez działki życie się skończy, tymczasem zaczyna się na nowo. Wódka lała się strumieniami. Nosy mieli czerwone od wciągania fety. Szczerzyli się do siebie obnażając pokruszone od szczękościsków zęby. W tym stanie obaj mężczyźni wsiedli do skradzionego wcześniej malucha. Za kierownicą usiadł Dawid. Choć wszystko wokół było bezkształtną masą, pędził na złamanie karku. Stare dęby na poboczu nie robiły na nim wrażenia. Ani przed, ani po zderzeniu z jednym z nich, gdy blacha przodu pojazdu złączyła się z tyłem. Bólu nie czuli, więc porzucili auto i poszli dalej pić… i ćpać.

Z jego oczu bije dobrocią, ale więzienne tatuaże pokrywające całe ciało, zdradzają przeszłość mężczyzny. Zrobił je sam. Tak zdobywał pieniądze na narkotyki. Kiedy chciał więcej, napadał na sklepy. Przestał dopiero za kratkami. To tam narodził się na nowo.

– Nie żałuję pobytu w pudle – mówi trzydziestotrzyletni Dawid S. – Ten czas dobrze na mnie wpłynął. Przemyślałem swoje życie. W sumie to cud, że mogę teraz z tobą gadać.

Zanim w 2001 roku rozpoczął trwającą półtora roku odsiadkę w Zakładzie Karnym we Włocławku, trzy miesiące spędził na odwyku przy ul. Tramwajowej w Toruniu.

– Miałem nadzieję, że po rozpoczęciu leczenia darują mi pobyt w pudle – opowiada Dawid. – Policja przyszła po mnie i nie słuchała błagania. Musiałem zapłacić za swoje błędy.

Nie pije, nie pali, nie bierze. Jest czysty od siedmiu lat, choć miewał już nawroty. Uzależniony będzie już zawsze.

– Nie mogę pić – mówi szczerze Dawid. – Ani kropli, bo nie mam umiaru. Zaraz szukam dojścia do dragów.

Co sobotę chodzi na mityngi Anonimowych Narkomanów. Tam zrozumiał, że jest niewolnikiem swoich słabości. Dziś wzorowo spełnia rolę ojca Weroniki i męża Kasi. Od przeszłości odciął się grubą kreską, tym razem nie w postaci białego proszku…

Krzysztof pierwszy raz przejrzał na oczy, gdy w pokoju gościnnym dożylnie podawał sobie amfetaminę, a jego synek siedział obok.

– Zanim wbiłem igłę, przeszło mi przez myśl pytanie: co odpowiedziałbym synowi, gdyby spytał, co robię? – wspomina Krzysztof Z., czysty od dwóch i pół roku. – Zrozumiałem, że mam problem. Mimo to nacisnąłem na tłok strzykawki i znów odleciałem.

Przez lata brania lokal, w którym mieszkał z dziewczyną Izą i synem Michałem stawał się coraz uboższy. By mieć za co ćpać, spieniężał wyposażenie domu.

– Rodzice nie chcieli mnie wpuszczać do siebie, bo regularnie okradałem ojca – zwierza się Krzysztof Z.

Gdy ogołocił rodzinę do cna, zaczął łupić obcych. Napadał na niestrzeżone transporty z papierosami. To był łatwy pieniądz, jednak do czasu. W 1999 roku skazano go na trzy lata więzienia za popełniane grabieże. Zakład Karny stał się jego nowym domem. Mógł tam ćpać tak jak na wolności.

W więzieniu, czy poza nim – jego życie stało w miejscu. Chował się w piwnicy, brał i padał na twarz. Raz przedawkował. Raz pobiło go piętnastu chuliganów. Niemal wyzionął ducha. Przez narkotyki niszczył wszystko, co kochał.

Którejś nocy wdał się w bójkę z kolegą. Dusili się nawzajem. Krzysztofowi brakowało już tchu. W końcu wyszarpnął się i jęknął.

– Dzwoń do psychiatryka! – krzyczał mężczyzna. – Dłużej tego nie zniosę! – runął na kolana.

Na oddziale psychiatrycznym w Lipnie spędził tydzień. Potem zdecydował się odbyć terapię odwykową przy ul. Tramwajowej w Toruniu. Podczas odwiedzin Izy i Michała bawił się z synkiem. Starał się być lepszym ojcem. Chłopiec to widział, ale wątpił.

Narkotyki brał przez dwadzieścia z trzydziestu pięciu lat swojego życia. Dziś prowadzi mityngi Anonimowych Narkomanów we Włocławku. Z młodymi ludźmi co środę rozmawia o swoich i ich doświadczeniach. Płaczą i śmieją się. Walczą z nałogiem, ale uzależnieni będą już zawsze.

To historie ludzi, którzy porzucili narkotyki na rzecz prawdziwego szczęścia, jakim dla nich jest rodzina. Mirek U. nigdy nie miał dla kogo żyć. Był egoistą. Nie liczył się z niczyim zdaniem. Żył według zasad rock’n’rolla. Nie znał umiaru i nie bał się śmierci, jednak zakochał się w Herze. Razem z nią podał sobie ostatni strzał i zgasł.