Smród w Dźwierznie. Co wpłynęło do tamtejszego jeziora?

Tegoroczna Niedziela Palmowa nie będzie się dobrze kojarzyć mieszkańcom Dźwierzna w gminie Chełmża. A już na pewno nie „pachnąco” (fot. Łukasz Piecyk)

Tego dnia ok. godz. 9 rano jeden z mieszkańców odkrył tajemniczą substancję, która wylewała się do tamtejszego jeziora. Nie dało się zatrzymać wycieku przez następne kilka godzin, pomimo obecności na miejscu wszystkich możliwych służb specjalistycznych. Powód? Zakaz wstępu na teren prywatny.

Nieopodal jeziora Dźwierzno znajduje się prywatny teren, na którym działała kiedyś gorzelnia. Właściciel posiadłości posiada tam duży, ok. 500 m2 zbiornik, wypełniony substancją służącą do nawożenia pól. To właśnie z niego zaczęła wyciekać owa ciecz. Zapach miała, najdelikatniej mówiąc, dość nieprzyjemny.

– Śmierdziało niemiłosiernie – mówi Wiesław Budziak, prezes Polskiego Związku Wędkarskiego w Chełmży. – Jakaś nieznana substancja lała się godzinami do jeziora. Nie wiem, co to było. Wiem, że żaby wychodziły na brzeg, aby tam zdechnąć. Po raz pierwszy widziałem coś takiego. Podobne wycieki miały miejsce już wcześniej. Z nieszczelnych lagun wylewały się substancje, które skażały wodę. Nie twierdzę, że właściciel to robi specjalnie. Twierdzę jedynie, że taki jest efekt prowizorki. Laguny nie są bowiem należycie zabezpieczone, skoro zdarza się to już po raz kolejny. Pierwsze pytanie zasadnicze brzmi: czy właściciel ma na to pozwolenie? I drugie: co znajduje się w tych zbiornikach?

Z tymi kwestiami zwróciliśmy się do eksperta z Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska.

– WIOŚ pobrał próbki skażonej wody – mówi Marek Pawlik, kierownik delegatury WIOŚ w Toruniu. – Po zbadaniu okazało się, że substancja, która została uwolniona do środowiska, to pozostałość po procesie fermentacji, tzw. poferment pochodzący z biogazowni. W omawianej sytuacji nie można mówić o skażeniu tak, jak to się dzieje w przypadku uwolnienia substancji niebezpiecznych bądź toksycznych.

Czyli zgodnie z ekspertyzą do skażenia środowiska nie doszło. Nie będzie też prawdopodobnie konsekwencji prawnych wobec właściciela.

– Jeżeli chodzi o pociągnięcie do odpowiedzialności właściciela zbiornika, to informacji na ten temat będę mógł udzielić dopiero po zakończeniu czynności kontrolnych, które w chwili obecnej są w trakcie realizacji – dodaje Pawlik.

Również sam właściciel laguny nie uważa, żeby doszło do jakiegokolwiek przekroczenia przepisów.

– To robienie szumu o nic – komentuje Andrzej Lipiński, właściciel gorzelni, na terenie której znajduje się laguna. – Doszło jedynie do drobnego rozszczelnienia, które szybko zostało usunięte, a niebezpieczeństwo zażegnane. Zresztą: nie było żadnego niebezpieczeństwa: zbiornik zawiera nawóz organiczny, na przechowywanie którego mam pozwolenie.

Owo „szybko” trwało ponad 8 godzin. Dlaczego?

– A kogo miałem w niedzielę posłać? – dodaje Andrzej Lipiński. – To dzień wolny od pracy…

Wszystkie służby, jakie pojawiły się na miejscu, z policją i brygadą kryzysową na czele, tylko bezradnie rozkładały ręce. Nic nie dało się zrobić, bo nie można było wejść na teren prywatny.

– Staliśmy tak i przypatrywaliśmy się, jak tysiące litrów zatruwają nasze jezioro, a właścicielowi nie chciało się nawet pofatygować na miejsce – mówi sołtys Dźwierzna Dariusz Podsiedlik. – To już kolejny raz mamy taki przypadek nieliczenia się ani z ludźmi, ani ze środowiskiem.