Solidarność: Cudu „made in Japan” w Ostaszewie nie będzie

O niespełnionych obietnicach, zatrudnieniu w strefie w Ostaszewie, polskiej naiwności i autostradzie straconych szans, z Jackiem Żurawskim, przewodniczącym zarządu regionu toruńsko-włocławskiego NSZZ „Solidarność”, rozmawia Tomasz Więcławski.

Pamiętamy szumne zapowiedzi władz województwa i polityków odnośnie Specjalnej Strefy Ekonomicznej w Ostaszewie. Azjaci do Polski przyjechali, otworzyli działalność, skorzystali z ulg i w większości wyjechali.

Założeniem, które leżało u podstaw powstania strefy, było obniżenie wysokiego bezrobocia w gminach wokół Torunia. Japończycy dostali możliwość wybudowania fabryk i zatrudnienia pracowników. Przez pięć lat korzystali z ulg przyznanych przez nasze państwo. Nigdy nie spełnili jednak swoich obietnic w zakresie poziomu zatrudnienia i płac, o których była mowa na początku. Najczęściej pracownicy dostawali kwoty oscylujące w granicach najniższej krajowej.

Przywieźli jednak technikę.
To kolejny mit. W fabrykach zlokalizowanych w strefie nigdy niczego nie produkowano. Były one wielką montownią. Części przywożono i składano na naszym terenie. Na granicy rentowności firmy oscylowały od początku. Dużo płaciły za komponenty sprzętu, więc musiały obcinać koszty. Oczywiste jest, czyim odbyło się to kosztem.

Któraś japońska firma realnie jeszcze tam funkcjonuje?
Pozostał Sharp. Jego przedstawiciele zapewniają, że nadal będą tutaj działali. Mamy jednak swoje źródła i wiemy, że jest to nieprawda. W mediach zagranicznych, zajmujących się biznesem, pojawiła się informacja, że firma ta sprzedała już swoje zakłady pod Toruniem tajlandzkiemu lub tajwańskiemu koncernowi z podobnej branży. Organizacja zakładowa poprosiła w Sharpie o wyjaśnienia w tej sprawie, ale uzyskała wymijające odpowiedzi. Prosiliśmy o spotkanie z Japończykami, ale jest ono nam utrudniane. Polska menadżer o nazwisku Senator od zawsze była nieprzychylna związkom i teraz podejrzewam, że jest podobnie. Właściciele zakładu mogą nawet nie wiedzieć o prośbie „Solidarności”.

Lukę po firmach zagranicznych zdołały już zapełnić polskie?
Zatrudnienie absolutnie się nie wyrównało. Największą toruńską firmą, która rozpoczęła tam działalność jest Apator, ale nie przyjęła ona do pracy ogromnej ilości osób. Urząd Marszałkowski zachęca kolejnych inwestorów, którzy mieliby zagospodarować tę przestrzeń. Powoli się to odbywa. Zaprosiliśmy na spotkanie prezes PSSE Teresę Kamińską, żeby omówić przyszłość pracowników.

Jak wygląda to liczbowo? Ile osób pracowało w najlepszym okresie w PSSE?
Około 4,5 tysiąca. Teraz ta wartość przekracza zaledwie tysiąc pracowników.

A jaki jest pana zdaniem jej potencjał?
Gdy wchodzili Japończycy mówiono o 9 tysiącach. Trudno to jednak oszacować. Musimy się na coś zdecydować. Albo dajemy ulgi polskim firmom, które mogą tam działać i wspomagamy w ten sposób zatrudnienie pracowników, albo rezygnujemy zupełnie z takiej formy wsparcia, żeby nie generować niesprawiedliwości. Od początku bowiem ten system nie był pro równościowy, o czym wielokrotnie mówiliśmy. Zredukowaliśmy na jakiś czas bezrobocie, ale nie za pieniądze zagranicznych koncernów, ale budżetowe. Pracownicy nie stali się konkurencyjni na rynku pracy i zasilili znów grono bezrobotnych albo z Polski wyjechali.

Widzą państwo plan rozwoju tego obszaru?
Pierwotne założenie było lepsze lub gorsze, ale jakieś było. Realia gospodarcze w porównaniu do połowy lat 90-tych znacznie się zmieniły. Specjalne Strefy Ekonomiczne nie mają obecnie większego sensu i znaczenia, bo na samym początku generują problem nierówności traktowania poszczególnych przedsiębiorstw. Pracodawcy z regionu wielokrotnie narzekali na to w rozmowach ze mną. Plusem jest dobre położenie strefy i bliskość autostrady. Nadal nie ma jednak połączenia z węzłem Turzno, które jest strategicznie ważne.

Szansę gospodarczą autostrady potrafimy wykorzystać w naszym województwie?
To duży problem. Trzeba kilku lat, żeby coś się zmieniło. Nie wykorzystaliśmy jeszcze na pewno tej szansy, ale wcale nie mam w sobie przekonania, że umiemy to zrobić. Mam nadzieję, że będą u nas powstawały kolejne firmy. W tej chwili nie jest to jednak na skalę tak znaczącą, żeby poprawić kwestię zatrudnienia. Możliwe, że za szybko mamy takie oczekiwania, bo dopiero ukończyliśmy ten odcinek, a infrastruktura przy autostradzie kuleje nadal.

Zgodzi się pan z taką diagnozą, że zachłysnęliśmy się trochę pomysłem ściągnięcia do Polski kapitału zagranicznego, który był konkurencyjny dla rodzimym firm. Inwestorzy z innych państw skorzystali z naszych podatków, a później wyjechali. Dopiero wtedy obudziliśmy się w rzeczywistości, w której wiele polskich firm jest na krawędzi bankructwa.
W pełni. Teraz te koncerny wybierają się dalej na wschód, żeby korzystać z dużego bezrobocia i biedy.