Stracił trzy litry krwi. Żyje dzięki obcym kobietom

Gdy rozerwana jest tętnica szyjna, każda sekunda oczekiwania na pomoc jest jak wieczność. Karetka przebijająca się przez korki ściga się z czasem i litrami wypływającej z człowieka krwi. Na szczęście, nie zawsze jest za późno. Mieszkaniec Lubicza jechał, jak co dzień, do pracy. Na żółtym skuterze, z niewielką prędkością. Był 16 maja, 6.40. Ford fokus, kierowany przez 22-letnią kobietę, włączał się do ruchu na drodze krajowej na wysokości „pstrągarni”. Maska samochodu mogła być ostatnią rzeczą, którą mężczyzna zobaczył z bliska.

– Jechałam z dwiema koleżankami do pracy w Toruniu – mówi Beata, mieszkanka gminy Czernikowo, pracująca w Urzędzie Marszałkowskim. – Kierowałam samochodem. Pierwszy raz zdarzyła mi się taka sytuacja, że byłam świadkiem tak tragicznego zdarzenia. Nie mogłyśmy pozostać obojętne. Człowiekiem kieruje adrenalina. Nie pamięta się później szczegółów, bo najważniejszy jest jeden cel – uratowanie życia.

Koleżanka Beaty, Paula, miała już podobne przeżycia. Nie spanikowała jednak. Nie było na co czekać. Karetka musiała przebić się przez sznur pojazdów. A krew była wszędzie.

– Takich rzeczy nie widzi się codziennie – mówi Paula. – Pierwsza myśl, która przebiega przez głowę, to „mój Boże”. Jednak po kilku sekundach człowiek już wie, że musi ratować ranną osobę. Jeden z kierowców przyniósł apteczkę, drugi oddał swoją koszulę. Koleżanka Iwona tamowała krwawienie. Trzeba było koniecznie zatamować tryskającą z tętnicy krew. Najważniejszy był fakt obecności przy poszkodowanym, uświadomienie mu, że wszystko będzie dobrze. Byleby tylko nie stracił z nami kontaktu.

Szczęściem w nieszczęściu okazał się fakt, że w Dobrzejewicach inna osoba potrzebowała pomocy. Załoga karetki nie miała wiele czasu na decyzję. Zakręciła w miejscu wypadku i podjęła walkę z upływającym czasem. Do gminy Obrowo wezwano kolejny ambulans. Zrządzenie losu. Ratownicy wyruszający z Torunia mogliby nie zdążyć.

Wśród osób zaangażowanych w pomoc młodemu mężczyźnie, była również Iwona, mieszkanka gminy Czernikowo, jadąca z koleżankami do pracy i pracownica Spółdzielni Mieszkaniowej w Lubiczu.

– Na miejscu nie zebrali się gapie – relacjonuje Paula. – Udało nam się zachować zimną krew. Najważniejsze, że chłopak żyje.

Bohaterki straciły na jakiś czas kontakt z człowiekiem, którego ratowały. Znów nawiązały go dzięki wpisowi na jednym z for internetowych. Niektóre komentarze, jakie tam odnajdujemy, są jednak dramatyczne. – Do tej pory krążą na temat mojego wypadku legendy – mówi Marcin Chyliński. – Niektórzy już mnie pochowali. Żywcem.

Z wypadku nie pamięta wiele. Ma czarną dziurę. Nic dziwnego – w końcu stracił ponad trzy litry krwi. Lekarze nie dawali mu po przywiezieniu do szpitala większych szans.

– Bólu już nie czułem – mówi 24-letni chłopak. – Wszystko było mi obojętne. Ponoć pytałem nieustannie, czy będę żył. Panie mnie uspokajały i kazały głęboko oddychać. Na sali operacyjnej spędziłem 4 godziny.

Matka Marcina odchodziła od zmysłów. Nie miała żadnych pewnych informacji. O wypadku powiadomił ją telefonicznie kolega syna. Do dziś nie wie, kto był winny. Policja nie skontaktowała się z rodziną Chylińskich do tej pory.

– Komisariat w Lubiczu prowadzi postępowanie wyjaśniające w tej sprawie – mówi Mariusz Sierzchuła z zespołu prasowego KMP w Toruniu. – Jest za wcześnie, żeby wyrokować odnośnie winy któregoś z kierowców. Przesłuchujemy świadków zdarzenia.

Najbliżsi poszkodowanego w wypadku są zdezorientowani.

– Nie wiem nawet, czy chłopakowi należy się jakiekolwiek odszkodowanie – mówi matka Marcina. – Całe szczęście, że syn pamiętał numer kolegi. Podziwiam go, że zachował chłodną głowę. Nikt ze służb nie powiadomił mnie nawet, że coś się stało. Do tej pory nie znamy personaliów osoby, która kierowała fordem. Wiem tylko tyle, co powiedzą ludzie.

Mieszkaniec Lubicza jest zdziwiony, że nikt nie przesłuchiwał go nawet w tej sprawie. W tej chwili jest na zwolnieniu lekarskim. Dochodzi do siebie. Poza rozerwaną tętnicą ma uszkodzony bark lewej ręki. Kości muszą się zrosnąć. Jest ślusarzem, do tego leworęcznym, Bez pełnej sprawności nie może wrócić do pracy.

– Otarłem się o śmierć – mówi dziś spokojnie chłopak. – Zachlapałem ponoć całą izbę przyjęć swoją krwią. To cud, że żyję. Fajnie, że udało się spotkać z paniami, które mnie ratowały. Dałem im kwiaty, ale nic nie odda mojej wdzięczności. One działały zupełnie bezinteresownie. To dziś rzadkość.