Szopka przed Bożym Narodzeniem

Przed świętami totalna (a może lepiej: totalitarna) opozycja urządziła nam szopkę. A raczej szopę. Trzeba przyznać, że „trzodę” robi już od dawna, ale wciąż przekracza nowe granice arogancji.

Ośmiesza się przy tym niemiłosiernie, ale te jej histeryczne wygłupy stają się coraz bardziej groźne dla państwa i demokracji (nota bene ciekawe, kiedy wreszcie Parlament Europejski zorganizuje debatę na ten temat). A że państwo mamy praworządne, to korzystają z tego do bólu, co też nie jest po ich myśli, bo oni chcieliby być pobici, a może nawet zabici, o czym świadczy pajac kładący się na ulicy. Ale ostatnie hucpy w ich wykonaniu nie były tak „wyraziste”, jak marsz 13 grudnia, kiedy to szli ramię w ramię z SB-kami, legitymizując tym samym wypowiedzi o „kulturalnym przebiegu stanu wojennego z zamieszkami jak ta w kopalni >Wujek<”.

Tak mógłby mówić kompletny nieuk. Oni nieukami nie są, robią to z premedytacją, bo w tamtym czasie stali wiadomo po której stronie. Tylko co robią wśród nich „legendy” tamtych lat, działacze „Solidarności”, których losy śledziliśmy na falach RWE czy „Głosu Ameryki”? Byli dla nas bohaterami, za których oddalibyśmy życie.

Wprowadzenie stanu wojennego było bowiem dla nas – a chodziłem wtedy do LO –  jak wprowadzenie okupacji, co było zrozumiałe po roku wolnościowej euforii. Jaruzelskiego, całej WRON-y, ZOMO, SB, Przymanowskiego (po jego przemówieniu pierwszy i ostatni raz w życiu spaliłem jego książki, w tym „Czterech pancernych”), Urbana nienawidziliśmy nienawiścią czystą, kibicowaliśmy manifestacjom urządzanym przez podziemną „Solidarność” w dużych miastach Polski, a jak była w Toruniu 3 V 1982, to ją „obsłużyliśmy”. Toteż relatywizowanie i deprecjonowanie tamtych wydarzeń uważam za haniebne.