To dzięki nim można się wprowadzić do domów przy ulicach Obi-Wana Kenobiego i The Beatles

Obie opowieści zaczynają się w PRL-u. W komunistycznej rzeczywistości, kraju o wszystkich odcieniach szarości. Paletę barw odnajduję jednak w pasjach moich rozmówców.

Jeden jest piątym beatlesem, a drugi, pomimo czterdziestki na karku, tkwi w wirtualnym świecie „Gwiezdnych Wojen”. Ich zamiłowania są na pierwszy rzut oka totalnie różne. Na pozór. Tak naprawdę łączy ich bardzo wiele. Obaj potrafią cieszyć się jak dzieci, chociaż ktoś może pomyśleć, że nie są do końca normalni.

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce… Wtedy pierwszy raz Kazimierz Musiałowski usłyszał piosenkę czwórki z Liverpoolu. Pocztówkowa płyta puszczana z gramofonu zawładnęła umysłem młodego człowieka bez reszty. To ona kazała pokonać mu tysiące kilometrów. W poszukiwaniu tego, co tak ulotne – zawarte jedynie w strofach Lenona i spółki. Do Smogorzewca dojechać samochodem nie łatwo. Zawsze można jednak dobiec, w końcu to tu organizowane są zawody Cross for the Beatles.

– Odbyły się już cztery edycje imprezy – mówi Kazimierz Musiałowski, mieszkaniec Smogorzewca w gminie Obrowo, pomysłodawca ulicy The Beatles. – Co roku biegamy dla jednego z członków zespołu. Jednak wyczerpaliśmy tę listę. Teraz zastanawiam się nad tym czy uczcić Yoko Ono czy Pete Besta, może mniej znanego, ale pierwszego perkusistę zespołu. Motywów z piosenek nie zabraknie jednak nigdy.

Niewiele jest w Polsce osób, które przebiegły podobną do Kazimierza Musiałowskiego ilość maratonów. Liczba 125 robi wrażenie, a na pewno nie jest ostateczną. W planach jest udział w Biegu Piastów i dużych imprezach maratońskich na całym świecie. Zanim jednak zaczęło się bieganie była muzyka i morze.

Powiew wolności z Radia Luksemburg
– Beatlesów słuchałem jako gówniarz na antenie Radia Luksemburg – wskazuje Kazimierz Musiałowski. – Można powiedzieć, że w tym roku jest okrągła rocznica. Pół wieku temu zakochałem się w „Twist and Shout” i miłość ta trwa po dziś dzień. Jako oficer polskiej marynarki nigdy nie zawitałem do portu w Liverpoolu. Nadrobiłem jednak później zaległości i wędrowałem śladami Johna, Paula, Georga i Ringo. Opisałem to w książce „764 kilometry dla The Beatles”.

To druga publikacja mieszkańca Smogorzewca. Pierwsza była książka „Przyjaciele z maratońskich tras”. W planach jest kolejna.

– Polska w latach sześćdziesiątych była szaro-bura – wspomina Kazimierz Musiałowski. – Muzyka i morze otwierały dla mnie zupełnie inny świat. Teraz można wsiąść w samochód czy kupić tani bilet lotniczy i znaleźć się bardzo szybko w dowolnym miejscu na ziemi. Kiedyś nie było tak prosto. Pierwsze rejsy do Kanady i Montrealu wprawiały w osłupienie. Kolorowe sklepy, pełne półki, coca-cola. W Polsce nawet miasta pozbawione były barw. Różniły się od wsi tylko tym, że jeździł tramwaj czy autobus – luksusy poprzedniego systemu.

Rycerz Jedi kontra radni
Miłośnik sagi George’a Lucasa, pomimo, że ponad dwadzieścia lat młodszy, PRL zapamiętał tak samo. Znalazł w nim odskocznię i ruszył bez wahania w kosmiczną podróż, która trwa po dziś dzień.

– „Gwiezdne wojny” to smak dzieciństwa – mówi Leszek Budkiewicz, prawnik, pomysłodawca i mieszkaniec ulicy Obi Wana Kenobiego w Grabowcu. – Pierwsza seria filmu była dla mojego pokolenia czymś niezwykłym. Mieliśmy po 8-10 lat i naprawdę żyliśmy epizodami z tego filmu, utożsamialiśmy się z postaciami, przenosiliśmy na chwilę w zupełnie inną rzeczywistość. Zestawienie filmowych kreacji z siermiężnymi komunistycznymi realiami, musiało spowodować ogromne zainteresowanie sagą.

Przekonanie lokalnych radnych do pomysłu nazwania ulicy w małej podtoruńskiej wsi imieniem rycerza Jedi, nie było prostą sprawą. W Polsce nazwy ulic muszą czcić bohaterów zasłużonych dla ojczyzny postaci. Trudno wykazać związek Obi Wana Kenobiego z niepodległością czy powstaniami. Nie należał on również do opozycji antykomunistycznej, chociaż na jego korzyść przemawiał fakt, że reprezentuje jasną stronę mocy. Z Lordem Vaderem byłoby trudniej. Chociaż i tak większość radnych nie miała pojęcia, o kim jest mowa.

– Musiałem przygotować charakterystykę postaci – mówi Leszek Budkiewicz. – Udało się przekonać radę i w 2005 roku powstała pierwsza w Polsce i jedna z niewielu na świecie ulic związanych ze „Star Wars”.

Tabliczka z nazwą ulicy okazała się łakomym kąskiem dla koneserów. Wielokrotnie ginęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Każdy szanujący się kolekcjoner gadżetów „gwiezdno-wojennych” za punkt honoru stawiał sobie włączenie jej do swoich zbiorów. Gmina jednak poszła po rozum do głowy i tabliczkę przyspawała. Czujność pomysłodawcy ulicy jest jednak rewolucyjna. Zapasową trzyma w domu pod łóżkiem. Co byłoby bowiem, gdyby przyjechali turyści z Niemiec, Francji czy odległej Japonii (których nie brakuje) i nie mogli sobie zrobić pamiątkowego zdjęcia?

– Toruń i Bydgoszcz są na przemian miejscem zlotów fanów Star Wars – mówi Leszek Budkiewicz. – Początki tej imprezy wiążą się jednak z Grabowcem i ulicą, na której mieszkamy. Pierwszy nieformalny zlot był właśnie tutaj. Impreza się niezwykle rozwinęła, ale co roku trzeciego dnia wszyscy trafiają w to miejsce. Siedzimy do rana, rozmawiamy i wymieniamy się swoimi spostrzeżeniami na wiele tematów. Przyjeżdżają, co jest ewenementem na skalę światową, aktorzy, którzy grali w filmie. Pierwszy gościł u nas Gerald Home, odtwórca roli Tesseka w „Powrocie Jedi”.

Imperium kontratakuje?
Najbardziej znaną postacią, która przyjechała zobaczyć ulicę w Grabowcu, był Dave Prowse, filmowy Darth Vader.

– Warto podkreślić dobry klimat panujący w tej części miejscowości. Nasz dom był na tej ulicy pierwszy – mówi Leszek Budkiewicz. – Teraz jest ich znacznie więcej, ale wszyscy sąsiedzi okazali się bardzo ciekawymi ludźmi. Spotykamy się często i świetnie się dogadujemy. Żartujemy sobie z żoną, że to zasługa jasnej strony mocy, na którą postawiliśmy przekonując Radę Gminy pod koniec 2004 roku.

Turystyczne znaczenie ulic Obi Wana Kenobiego i The Beatles jest ogromne. Niewielu słyszałoby o Grabowcu i Smogorzewcu, gdyby nie mieszkali tam pasjonaci, którzy próbują zarażać innych. Zawsze musi być jednak łyżka dziegciu w beczce miodu. Samorządowcy nie interesują się i nie umieją szczególnie wykorzystać atrakcji, którą otrzymali w prezencie.

– Goście z zagranicy, którzy do nas przyjeżdżają, dziwią się, że droga jest w takim stanie – mówi Leszek Budkiewicz. – Mówią, że Polska to kraj, w którym wiele się zmieniło, jednak nie wszystko.