Tomasz Organek: Za stary jestem, żeby buntować się przeciwko porządkowi świata

O porządku i nieporządkach świata, istocie słowa, żwirze zawartym w tekstach z płyty „Głupi” i tym, skąd on się tam wziął – z Tomaszem Organkiem, kompozytorem, autorem tekstów i buntownikiem stojącym z boku, rozmawia Aleksandra Radzikowska.

Skoro już jesteśmy w tej kawiarni, to ogólnie: whiskey czy kawa?
I to, i to.

Zastanawiałam się, do jakiego alkoholu najlepiej słuchać „Głupiego” i wyszło mi, że do wódki.
Ta wóda jest świetnym komplementem. To znaczy, że płyta jest czysta, ostra i bezkompromisowa. Może odurzyć i zwalić z nóg.

Chwilę później zrozumiałam, że jednak się mylę, bo tylko z pozoru jest grubo ciosana. Czerwone wino.
To jeszcze większy komplement, jeśli odkopałaś w niej coś delikatniejszego, kolejne warstwy, o które cały czas zabiegałem. Nie chciałem, żeby to było jednolite – tylko strzał w ryj i koniec.

A teraz pijemy herbatę i kawę.
Fajna ta analogia, nigdy nie myślałem o tym w takim kontekście, ale „Głupi” tak samo nadaje się do wódki, whiskey czy wina. Ja w ogóle mam kłopot z jednowymiarowym podejściem do wszystkiego, także do komponowania. Całe moje życie takie jest. Szybko się nudzę, kiedy wyrabia się schemat. Z tych kolein uciekam, mierzi mnie to i szukam jak najszerszego pola walki.

Często w kontekście muzyki mówisz o harmonii, a jak to jest u Ciebie?
Zależy, jak mi się życie plecie. Teraz mam spokojny okres. Nie to, że się wszystko poukładało, ale złapałem dystans. Jestem trochę znieczulony, wszystko płynie i jest mi z tym dobrze.

Myślisz, że są takie piosenki, dzięki którym każdą myśl można uwiarygodnić albo podać w wątpliwość?
Są. Ja muzyki używam nie tylko do wzruszeń, chociaż możliwość szczerego wypowiadania się dzięki niej, tego nie wyklucza. To, według mnie, jedyny sposób działania kreatywnego. Teraz wszystko jest takie płaskie, a cała sztuka to narzędzie, którym można się dogrzebać do rdzenia. Warto ludzi pobudzać do odczuwania, żeby muzyka nie była tylko rozrywką.

Tylko…?
To powinien być rodzaj misji. Żeby coś ludziom mówić. Żeby mówić to w taki sposób, by oni zaczęli o tym myśleć.

Drugą płytę masz bardziej w palcach czy głowie?
W głowie. Nie chcę, żeby była przypadkowa. Chcę, żeby była pewną konsekwencją „Głupiego” i to jeszcze chwilę potrwa. Bardziej myślę o tym, co powiedzieć, niż nad dźwiękami, ale one też się pojawiają. Nie spieszę się.

W kontekście warstwy tekstowej „Głupiego” i tego żwiru, który w niej jest – „Nie lubię” jest dla Ciebie najważniejszym tekstem?
On może nie wyraża idei całej płyty, ale jest dla mnie najlepszy literacko. Jest też ważny, bo mówi o hipokryzji. O przyzwyczajeniu się do niemyślenia. Bo tak się robi i już, bo ściana najlepiej wygląda jak się ją pomaluje na łososiowo. Wiesz, powiększa optycznie…

Powiedziałeś: literacko, a ja pomyślałam, że piosenka jest o ludziach, o których Osiecka powiedziała – Do szału doprowadza mnie jedno słowo „urokliwe”. To jest słownictwo ludzi o uszminkowanych ustach, brudnych majtkach i pustych duszach.
Ona jest właśnie o tych ludziach. Słowo urokliwy nic nie opisuje, nie wnika w głąb rzeczy. Jakie jest jeszcze takie słowo?

Sympatyczny.
Właśnie, to pozorne i obiegowe słowa.

Wierzysz w to, że słowa ważą?
Wierzę, bo one mnie ukształtowały. Wpłynęły na mnie najbardziej ze wszystkich sfer, które są dostępne człowiekowi. Oczywiście oprócz emocji typu miłość. Te sfery i tak łączą się ze sobą, bo słowo potrafi wywrzeć emocje, nawet często to jego zadanie, poza warstwą komunikacyjną.

Stąd Twoja wrażliwość?
Tak, kiedyś coś przeczytałem i to odcisnęło się we mnie – słowo pisane właśnie. Ale też te mówione do mnie, zasłyszane… Na początku było słowo i ono jest też na końcu.

Nawiązując do „Italiano”, ile masz teraz tych czarnych pająków w głowie?
Ostatnio mniej. Czasem pająk się budzi, czasem zasypia na dłuższy czas, ale zawsze w tej głowie siedzi i jak wyłazi to przeszkadza. Bardzo. „Italiano” napisałem, kiedy był wielki i czułem, że nie mogę o tym nie opowiedzieć, jeśli mówię na płycie o sobie. Na razie piję herbatę.

Łatwiej to wyśpiewać niż opowiedzieć?
Nie. Mało robię sobie z tego, co ktoś o mnie pomyśli. Nie miałem problemu z tym, że coś napisałem i musiałem się cofnąć, bo „tego to już nie”. Wiem, że teksty są mocne, ale po co robi się płyty? O kwiatkach pisał nie będę.

W Raczkach, rodzinnej miejscowości, zagrałeś tylko jeden koncert. Co sobie nim załatwiłeś?
Spokój. W głowie i sercu. Czułem, że dawno temu zostawiłem te Raczki. Uciekłem, nie chciałem tam mieszkać i ciągle miałem przekonanie, że wszyscy wiedzą, że uciekłem i mają mi to za złe. A tak naprawdę każdy ma to gdzieś. Przed koncertem wydawało mi się, że jak przyjadę, to ci ludzie będą obrażeni, a oni przyjęli mnie serdecznie. Chyba dobrze się czuli z tym, że im gramy.

Dla Ciebie ważny jest Maleńczuk?
Tak.

Opowiadał niedawno Małgorzacie Domagalik, że te wszystkie „Nigdy więcej”, to dla matki pisał. Żeby nie myślała, że takie z niego nic. Po co Ty sięgnąłeś po gitarę?
Mój ojciec zmarł, kiedy miałem piętnaście lat i on grał na gitarze. Nie jest tak, że myślisz – teraz ja będę grał, bo za nim tęsknię. To podświadome. Właściwie, niedawno zacząłem to tak tłumaczyć, bo zadałem sobie pytanie: co sprawiło, że zacząłem grać? Dlaczego gitara, a nie puzon? I pomyślałem, że to z jego powodu.

A mama?
Mam doskonały kontakt z mamą i bratem. Nigdy nie oddaliliśmy się od siebie, żeby coś trzeba było nadrabiać. Pisanie to moja potrzeba. Czułem, że muszę stanąć na własnych nogach.

I powstało „Nazywam się Organek”?
Dokładnie, że ja to ja. Nie zawsze było różowo. Często miałem chude lata, kiedy było mało pieniędzy, mało wszystkiego. Mama, jak to mama, powiedziała czasem: weź Tomek, trochę popracuj. Mówiłem: nie mogę mamo, bo albo będę trochę pracował, albo trochę grał.

Nie chciałeś niczego robić trochę?
Właśnie tak. Nie wtrącała się jednak nigdy w moje życie, a nawet pomagała. W tym naszym domu całe wieczory spędzałem tak, że grałem na gitarze na wzmacniaczu, do magnetofonu i ulubionych płyt, a ona siedziała w pokoju obok i próbowała robić cokolwiek. Ja rąbałem na tej gitarze (śmiech), ale zawsze mówiła – graj sobie, graj. Nigdy mnie nie przeganiała i za to jej dziękuję.

A ten obraz Ciebie, jako buntownika, na ile jest prawdziwy? Nie za dużo ludzie Ci dopisali?
Nie, zobacz jak ja żyję. Nie mam pracy od trzynastu lat, przez dziesięć lat nie miałem ubezpieczenia, w ogóle lekarza, dopiero niedawno coś z tym zrobiłem. Nie mam żony, nie mam dzieci, ale ja lubię to życie. Nie chcę go zamieniać, bo tylko wtedy czuję się swobodny. W tym sensie może jestem buntownikiem, ale nie przeciwko systemowi.

Tylko z boku?
Tylko z boku. Nie kreuję się na bohatera. Za stary jestem na to, żeby buntować się przeciwko porządkowi świata, który istnieje od zawsze.

O nim w jakich kolorach myślisz? Zależy od pająka?
Trochę też, ale widzę go bez wielkich złudzeń. Nie jest czarno, biało, ani szaro. Czasem pięknie, czasem słabo. Takie życie jest, ile włożysz…

… „tyle potem masz, położysz to na wadze i wiesz”?
Tak jest. Jestem zadowolony z tego, co teraz mi się wydarza. I w kontekście „Głupiego”, i tego co poza graniem. To wynagrodzenie znoju, dochodzenia do momentu, gdy wydałem świadomą płytę. Musiałem dorosnąć jako człowiek i artysta. Zrozumieć i nauczyć się. To wieloletni proces okupiony ogromnym samozaparciem i zmaganiem się z materią. Wiesz, to ciągle jak z Syzyfem, do góry z tym kamieniem. Ciągle, nawet dziś.