Trybson: mój rywal nie jest leszczem

O drugiej walce na zawodowym ringu, blaskach i cieniach występu w programie Warsaw Shore – Ekipa z Warszawy oraz tym, kim jest dziś – z Pawłem „Trybsonem” Trybałą rozmawia Aleksandra Radzikowska


Jakim jesteś tatą?

Chyba nie mam sobie nic do zarzucenia. Chciałbym kiedyś mojej córce pokazać, że ma tatusia, który jest sportowcem, nie imprezowiczem. Będę dumny, gdy osiągnę najwyższy poziom, a i ona powie może kiedyś z dumą: tak – to jest mój tata. To było w ogóle jej pierwsze słowo. Tata, tata, tata. Gdy wychodzę na treningi, Eliza opowiada mi, jak mnie woła. Jest dla mnie wszystkim.

Popłakałeś się, gdy zobaczyłeś pierwsze zdjęcie USG?

Tak było.

A ten tatuaż?

To napis „Victoria”, z datą jej urodzin.

Myślałam, że chodzi o zwycięstwo.

To oczywiście też, tatuaż ma dwa znaczenia. Ludzie kojarzą mnie dzięki udziale w programie Warsaw Shore. Dużo łatwiej było mi wyjść, dobrze się pobawić i napić za darmo, ale z takich przygód zrezygnowałem. Gdzieś tam te kluby się jeszcze zdarzą, bo to dla mnie dobry pieniądz, ale jestem trzeźwy i jadę tam do pracy. Nikt nie kupi za mnie pieluch dla córki. Wybrałem sport, chociaż miałem łatwiejszy kawałek chleba.

Niedługo, piątego września, przed Tobą druga zawodowa walka w Toruniu.

Trenuję na pełnych obrotach – dwa razy dziennie i to we wszystkich płaszczyznach – stójce, zapasach i parterze. Myślę, że moja ciężka praca przeniesie się na oktagon i podobnie, jak podczas pierwszej walki, pokażę swoją wartość. Wiele osób zarzuca mi, że mój rywal jest przysłowiowym leszczem, ale mylą się. Nie będę bawił się z nim w ringu, ale on przecież chce wygrać tak samo, jak ja.

Potrzebujesz teraz więcej walk, żeby udowodnić swoją wartość?

Tak, jestem początkującym zawodowcem, muszę konfrontować się z wieloma przeciwnikami i łapać doświadczenie. Jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli, w tym roku stoczę dwie walki – najbliższą z Danielem Markowskim i jeszcze jedną. Lubię wygrywać.

A przegrywać potrafisz?

Wiesz, chyba nie bardzo. Wiem, jak jest. Jeśli myślę o szczytach, np. UFC, to nie mogę sobie pozwolić na porażki już na starcie. To lata treningów, ale czemu nie? Może akurat i tam zawalczę. Takie mam marzenie, pewnie jak każdy fighter, ale liczą się też statystyki.

Nie żałujesz, z jakiej strony pokazałeś się w programie?

Nie, to była niesamowita przygoda. Spotkałem tam przecież Elizę, dziś jest już moją narzeczoną, i wielu przyjaciół. Mam 24 lata, ale już sporo przeżyłem i dzięki temu mam odniesienie do wszystkiego.

Wielu imprezuje, ale nie każdy daje się wtedy podglądać kamerom.

Teraz nie ma czegoś, czego będę żałował. Etap takich imprez mam już za sobą, wyszaleliśmy się z Elizą. Teraz możemy usiąść na tyłkach. Nie powiem, czasem odwiedzimy ekipę, bo wszystko jest dla ludzi, ale już z umiarem.

Wróciłbyś tam jeszcze raz?

W tej chwili nie, ale gdybym cofnął czas, to pewnie podjąłbym tę samą decyzję. Byłem wolny, pracę miałem dorywczą, zgłosiłem się do programu, chcieli mnie i tyle. Cieszę się z tego, kim jestem i z moich wyborów.

A gdy oglądałeś powtórki odcinków nie było Ci chociaż przez chwilę wstyd?

Z niektórych sytuacji nie jestem dumny, ale stało się. Wielu ludziom zdarzają się na imprezach urwane filmy, ale potem opowiadają im o nich znajomi i nie muszą oglądać tego w telewizji. Leją się na mnie pomyje w Internecie, a ludzie nie znają umiaru – podchodzą w restauracjach i mówiąc prawie plują w talerz albo pytają o to, jak wyrwać gąskę, czyli dziewczynę, gdy idę z Elizą.

„Kto rano wstaje, temu gąska daje”, „Krzycz Trybson”, seks i strumienie wódki – to mogła zobaczyć w Twoim wykonaniu cała Polska. Sam jesteś sobie winien.

Ja to mówiłem, to moje hasła, niczego się nie wypieram, ale dziś jest już inaczej.

O podryw na gąski już nie pytać?

Dokładnie, już nie mam ochoty o tym opowiadać. Mam te swoje dwie gąski już na stałe. Niech córka będzie dumna z taty.