Urodziła w siódmym miesiącu ciąży. Miała szesnaście lat. Na twarzy nie miała napisane, że ojciec gwałcił ją przez pół życia

Z HIV, AIDS i rzeżączką można żyć. Medycyna robi stałe postępy. Znacznie trudniej żyć pod jednym dachem z ojcem, dziadkiem i kochankiem w jednej osobie. Małego Jasia trzymał nawet do chrztu. Ojciec nikomu nieznany. No, prawie nikomu. Ania miała piątkę rodzeństwa. Rodzina wielodzietna. Patologia, co tu dużo gadać. Ojciec za kołnierz nie wylewał, matka też „lubiała” sobie golnąć. Zagryźć nie bardzo miała jak, bo zęby jej zostały dwa. Część wypadła, z higieną raczej była na bakier. Resztę wybił jej ukochany, któremu ślubowała ponad dwadzieścia lat temu przed ołtarzem. Była w piątym miesiącu ciąży. Ania miała przyjść za cztery miesiące na świat. Na jej nieszczęście.

– Mieszkałem z Kozłowskimi przez ścianę przez wiele lat – mówi Radosław Zieliński, mieszkaniec wsi pod Koronowem. – Nie jestem święty, ale to, co się tam wyprawiało, woła o pomstę do nieba. Boga jednak lepiej w to nie mieszać. Żal czasem było patrzeć, więc człowiek się nad dzieciakami zlitował i dał chleba z dżemem i mleka. Do roboty stary Kozłowski nigdy szczególnie bystry nie był. Ostatnią krowę prawie zagłodził. Jurny jednak zawsze był. Przynajmniej tak we wsi gadali.

Anka była jego pierwszy dzieckiem. Z dumą trzymał ją na rękach w kościele. Imię dał jej po babci. Żony nie pytał. Nigdy jej nie szanował. Owszem, lubił zaciągnąć na siano czy pod pierzynę, ale żeby od razu kochać? W tym roku pierwszy raz wszył sobie esperal. Przyrzekał na klęczkach, że już więcej nie będzie, że się ułoży, że przypadkiem wybił jej dwa przednie zęby. Chciała odejść z Anią. Była już spakowana. Brat czekał na dworze w czerwonym polonezie. Janek płakał jednak na klęczkach i obiecywał. Może naprawdę się zmieni? Została. Polonez odjechał. Na zawsze.

Za rok urodziła Artura. Zdrowy dzieciak. Prawie cztery kilo. Męża nie było przy porodzie. Pracował na dachach. Tak bardzo była z niego dumna. Nie pił już dwanaście miesięcy. Wiedziała, że dla niej się zmieni. Potem byli Sebastian, Marek i Aneta. Idylla skończyła się jednak znacznie wcześniej. Pokój dziecinny zmienił się w sypialnię. W małżeńskim łóżku próżno było szukać rodziców. Tata wolał wielkiego, beżowego misia, którego Ani kupili chrzestni na gwiazdkę. Gdy próbowała krzyczeć, dusił ją pluszowym przyjacielem.

Sześć lat gehenny

Pierwszy raz zrobił to, gdy była w czwartej klasie. Wróciła do domu po lekcjach. Był maj. Młodsze dzieci bawiły się na podwórku. Żony nie było w domu. Już parę lat temu zrozumiała, że jeżeli nie zacznie pracować „po ludziach” pomagając na gospodarstwie, to dzieciom będzie musiała zupę na kaloszu zgotować – starym, dziurawym i śmierdzącym. Ania leżała po południu na łóżku. Była blondwłosą, drobną dziewczynką. Na pewno jeszcze nie kobietą. Tata rzadko ją przytulał. Częściej strzelił jej z „plaskacza”, gdy próbowała bronić matkę w czasie nieustannej libacji, którą ojciec urządzał w ich domu z kompanami.

– Tato, nie bij. Odpuść – wołała do ojca. – Kocham cię. Przecież wczoraj razem oglądaliśmy mecz. Czemu dziś jesteś taki.

Nigdy nie potrafiła zrozumieć, dlaczego on zmienia się z dnia na dzień nie do poznania. Potrafił być miły, czarujący i kochany. Bezwzględny i przerażający bywał jednak znacznie częściej. Teraz leżała w krótkiej spódniczce i czytała o przygodach Robinsona Crusoe. Piętaszek budował właśnie szałas. Drzwi zaskrzypiały. Trzydziestoparoletni mężczyzna wszedł do pokoju. Nie chciał sprawdzić, czy Ania odrabia lekcje. W jego krwi buzowały jeszcze dwa tanie wina, które przed chwilą obalił z chłopakami pod sklepem. Okrutnie śmierdział. Usiadł obok córki. Lewa ręka powędrowała na jej kolano. Dziewczynka drżała. Gdy palce wędrowały w górę po udzie, nie wiedziała jeszcze, że to stanie się normą, że będzie przychodził co kilka dni, czasami nawet codziennie. Nie płakała. Nie znała tego uczucia.

Kocham Cię – mamrotał pod nosem ojciec. – Tak pięknie pachniesz. Pocałuj tatę.

Jego ręce wędrowały po ciele dziecka. Nie przytulał jej jednak tak, jak tata córkę. Nie czuła się bezpiecznie. Nie rozumiała co się dzieje, ale już kilka dni później pierwszy raz zdecydowała się krzyczeć. Przerażającego wołania o pomoc nikt jednak nie słyszał. Niektórzy nie chcieli słyszeć. Bo po co wtrącać się w czyjeś sprawy. Policja? Niebieska karta? Telefon zaufania? Nic nieznaczące na wsi slogany.

Dziewczynka piękniała. Zmieniała się z dziecka w kobietę. Ojciec posuwał się coraz dalej. Nie znał litości. Ania mówiła o tym w szkole koleżankom. Nie chciały jej wierzyć. Mówiły, że wymyśla. Paweł, kolega z klasy, kochał się w niej na zabój. Parę razy spacerowali razem po ograbionym do cna budynku dawnego PGR-u. Nie dała mu się jednak nawet złapać za rękę. Gdy tylko się zbliżał, drżała. Nie z podniecenia. Strach wypełniał każdą komórkę jej nastoletniego ciała.

Ojciec, dziadek i kochanek

W domu czekał na nią tata. Matka wypruwała sobie żyły, żeby sześcioro dzieci nie chodziło do szkoły na boso. Brudne nigdy nie były. Chłopaki pomagali jej zbierać ziemniaki u sąsiadów. Przynajmniej zimą mieli co zjeść na obiad. Ojciec był niewzruszony. Pracę na budowie stracił po tym, jak pijany w sztok spadł z rusztowania i pogruchotał sobie wszystkie żebra. Chodził pokracznie, nie mógł robić na wysokościach. Po co komu nieustannie zalewający mordę pracownik.

– Jagody idź zbieraj – śmiali się z niego chłopaki pod sklepem. – Kurki w tym roku mają niezłą cenę.

Kochał tylko ją. Miłością niedopuszczalną. Nie potrafił z tym wygrać. Coś szeptało mu zawsze do ucha, żeby znów wejść do wypłowiałego, dziesięć lat nieodmalowanego, różowego pokoju córki. Drzwi skrzypiały jak dawniej.

We wsi nikt o tym nie wiedział, a wiedzieli wszyscy.Trzy lata po porodzie Ania spacerowała z wózkiem po wsi. Jasiek był kropla w kroplę jak dziadek.

-Pięknego masz syna – mówiły sąsiadki. – Tata pewnie z ciebie dumny, bo wykapany Kozłowski z małego.

Łza spływała jej tylko cichuteńko po policzku. Wiedziała, że musi być silna. Jasiek nie może mieć takiego życia, jak ona. Bracia się w końcu połapali. Zlali ojca tak, że na jego ciele nie było miejsca, które nie byłoby fioletowe. Odciągnęła ich. Zabiliby. Nienawidziła go najbardziej na świecie. Był jednak jej ojcem i tatą jej dziecka.

***
Personalia osób występujących w artykule zostały zmienione