Węzeł Dźwierzno kiedykolwiek powstanie? Wójt gminy Chełmża ma już dość obecnej sytuacji

Wójt gminy Chełmża stracił cierpliwość. Od lat czeka na budowę węzła w Dźwierznie. W zapewnienia Urzędu Marszałkowskiego przestał wierzyć. Działkę o powierzchni 480 hektarów mógł sprzedać dawno, ale bał się oskarżenia o korupcję. Teraz mówi: basta!

Węzeł autostradowy w Dźwierznie jest bliższy realizacji niż kiedykolwiek, mimo że wciąż funkcjonuje jedynie na papierze. Urząd Marszałkowski chce bowiem prowadzić rozmowy na ten temat z rządem, a to deklaracja, na którą wszyscy czekali blisko 20 lat. Dalej jednak, to tylko deklaracja. Budowa się nie przybliża, a doświadczenie z Turzna i Lubicza uczy, że samo wybudowanie węzła może być dopiero początkiem kłopotów.

Wrześniową uchwałą zarząd województwa wpisał węzeł do listy inwestycji w kontrakcie terytorialnym. To dokument, który będzie podstawą do negocjacji z rządem o uzyskanie funduszy centralnych. Stanowisko dotyczy także m.in. budowy dróg S5, S10 oraz obwodnicy Brodnicy czy Inowrocławia.

– To chyba najwyraźniejszy sygnał tego, że możemy liczyć na jakiekolwiek działania w kierunku stworzenia zjazdu z autostrady pod Chełmżą – twierdzi Jacek Czarnecki, wójt gminy Chełmża. – Na razie bowiem na tę trasę możemy tylko popatrzeć.

Od dwóch lat, kiedy na łamach „Poza Toruń” o sprawie pisał red. Łukasz Piecyk, nic się nie zmieniło. Samorządowcy w tej materii wykazali się akurat sporą cierpliwością, bo postulat utworzenia węzła w Dźwierznie pojawił się blisko dwie dekady temu. Koncepcję połączenia drogi wojewódzkiej nr 551 z autostradą kilka lat temu przygotował już Zenon Ryż, główny projektant trasy A1. Jerzy Polaczek, minister transportu i budownictwa w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza, uznał, że odległości między węzłami są wystarczające na budowę kolejnego. Projekt poparli praktycznie wszyscy: od sejmiku województwa, przez rady trzech powiatów, na głównym projektancie autostrady kończąc. Mimo to konkretny ruch pojawił się dopiero teraz.

Sprzedaj, a potem się tłumacz

Tereny wokół planowanego węzła to własność Agencji Nieruchomości Rolnych. Gmina w studium zagospodarowania przestrzeni przeznaczyła te tereny pod aktywność gospodarczą. Nie wszyscy jednak są zwolennikami przeznaczania 480 ha na poczet inwestorów korzystających z autostrady. Od lat o zakup ziemi w tym miejscu postuluje Adam Lipiński, obecny dzierżawca terenu.

– Tam są doskonałe gleby rolnicze – twierdzi. – Mamy tyle terenu pod przemysł, a chcą wykorzystać akurat ten najbardziej żyzny?

Właściciel terenu (Agencja Nieruchomości Rolnych) ma za złe wójtowi gminy, że nie odstąpi gruntów prywatnym przedsiębiorcom, takim jak Lipiński, aby zaktywizować tereny w pobliżu autostrady. Inne zdanie ma administrująca terenem w jej imieniu Polska Agencja Inwestycji Zagranicznych, która potencjału rolniczego w gruncie nie widzi.

– Trzymamy się tego, że powstanie tu węzeł – dodaje Jacek Czarnecki. – Gdybym odblokował grunty, a zapadłaby decyzja o budowie węzła, to tereny w rękach prywatnych osób zyskałyby kilkukrotnie na wartości. Kto byłby wtedy odpowiedzialny za narażenie Skarbu Państwa na straty? Muszę dbać jednak o finanse gminy. Nikt nie ma w regionie tak drogocennej działki. Albo coś robią w tej sprawie, albo pora najwyższa sprzedać grunt prywatnym przedsiębiorcom. Tak dalej nie będzie.

Budować to mało, trzeba budować do rzeczy

Niewiele lepiej jest z węzłami Turzno i Lubicz.

– Z ruchem pojazdów jest jak z przepływem wody – nie można grubej rury podłączyć do cienkiej – mówi Marek Olszewski, wójt gminy Lubicz. – Autostrada ma sens, gdy jest dobrze skomunikowana z otoczeniem. Węzły muszą być drożne. A w naszym powiecie jest problem z każdym z nich.

Węzeł Turzno leży w gminie Lubicz (miejscowość Brzeźno), ale nie posiada planowanego od wielu lat połączenia ze Strefą Ekonomiczną w Ostaszewie.

– Wersja przebiegu tej trasy jest wszystkim znana i wiedzie przez pola odciążając Łysomice, przez które obecnie przebiega ruch tranzytowy – mówi Piotr Kowal, wójt gminy Łysomice. – Budowa nie przybliża się jednak, bo wszystko jest na etapie deklaracji, że taka droga powstanie. Może się okazać, że o Japończykach w Ostaszewie już zapomnimy, a skomunikowania z węzłem Turzno nadal

nie będzie. Przecież do tej pory nie wykupiono nawet gruntów pod budowę nowej trasy.

Współpraca zarządców dróg krajowych, wojewódzkich i powiatowych wprawia w osłupienie samorządowców.

– Wygląda na to, że nikt tego nie koordynuje i nad tym nie panuje – mówi Marek Olszewski. – Przecież drogi krajowe nr 15 i 10 także nie są dostosowane do węzłów Turzno i Lubicz. Pierwsza trasa jest zdecydowanie za wąska i nie ma przy niej chodników dla pieszych. O S-10 mówi się od lat, ale już teraz wiadomo, że przez Lubicz się takiej drogi nie wybuduje, bo wiele budynków musielibyśmy wyburzyć. Chcemy tylko normalnej szerokości drogi – czterech pasów – do Dobrzejewic w gminie Obrowo. W przeciwnym razie wymieszany ruch tranzytowy i lokalny będzie powodował coraz większe korki i paraliż komunikacyjny w godzinach porannych i popołudniowych.

W Turznie i Lubiczu, źle zaplanowane i niedostosowane do toczenia węzły przynajmniej powstały. Sytuacja w Dźwierznie powoduje zdziwienie nie tylko wśród lokalnych samorządów. Według Andrzeja Stanucha, prezesa Stowarzyszenia Samorządowego Autostrady A1 i włodarza gminy oraz miasta Pelplin, w województwie pomorskim taka sytuacja byłaby nie do pomyślenia.

– U nas było także wiele negocjacji, ale ostatecznie wszystkie węzły zostały zrealizowane – przyznaje samorządowiec. – Absurdalne jest to, że gmina Chełmża od kilku lat przygotowała tereny specjalnie dla inwestorów. Dźwierzno to biała plama w projekcie A1 i trzeba to jak najszybciej zmienić.

Łukasz Piecyk, Tomasz Więcławski