Wielka(nocna) tajemnica

Hanna Łopatyńska z Muzeum Etnograficznego w Toruniu opowiedziała o praktykowanych przed laty obrządkach Wielkanocnych.

Barwienie jajek korą dębu, kąpiele w rzekach, nawoływanie panien z najwyższego punktu we wsi, „smażanka wielkanocna” i pasztet z królika… Czyli czego jeszcze nie wiecie o świętach Wielkanocnych.

Święta Wielkanocne tuż, tuż, dlatego postanowiliśmy oczarować Czytelników opowieściami, o których mało kto wie. Dotyczą zwyczajów i obrządków Wielkanocnych w dawnej Polsce, a szczególnie w naszym województwie. Hanna Łopatyńska, kierownik Działu Folkloru w Muzeum Etnograficznym w Toruniu zdradziła nam kilka ciekawostek. Ogólnopolskim zwyczajem jest barwienie jajek…

– Natomiast w okolicach Torunia jajka zwane kraszankami farbowano w wywarach z łusek cebuli, z buraków, kory dębu, czy kwiatów czarnej malwy – opisuje. – Czasem pisano na nich woskiem lub wydrapywano proste wzory. Poświęcone jajka zakopywano na polach, w ogrodach, a wydmuszki wieszano na gałęziach drzewek owocowych, by przynosiły szczęście i bogate zbiory.

Kolejną tradycją była kąpiel praktykowana rankiem w Wielką Niedzielę w rzekach i stawach. Ludzie ufali w uzdrawiającą moc wody. Następnie przychodziła kolej na mszę, po której należało zjeść obfite śniadanie.

– W Poniedziałek Wielkanocny najważniejszy był śmigus-dyngus. W Borach Tucholskich, Kociewiu i Ziemi Chełmińskiej popularny był dyngus zielony – chłopcy smagali dziewczęta rozkwitłymi gałązkami – opowiada. – Na Kujawach polewano się wodą. Zwyczaje te to pozostałość po starosłowiańskich wierzeniach w moc zielonych gałęzi i wody – oczyszczającą i ożywiającą.

Kolejnym wielkanocnym zwyczajem (znanym na Kujawach i Pałukach) były „przywoływki”, zwane też „wywołynkami” lub „wołankami”. W Wielkim Tygodniu kilku młodych mężczyzn przygotowywało listę dziewcząt, które miały być wywołane.

– Obok nazwiska panny wpisywano nazwisko kawalera, który prosił o wywołanie jej, a następnie składał za nią okup w wódce lub gotówce – śmieje się. – Dla każdej panny układano krótki wierszyk chwalący jej zalety lub wyśmiewający wady. Rymowanki odczytywano publicznie w Wielką Niedzielę z wysoko położonego miejsca w centrum wsi. W Poniedziałek Wielkanocny przywołane dziewczyny polewano wodą.

Niegdyś przewodnicząca nieistniejącego już Koła Gospodyń Wiejskich w Małej Nieszawce, dziś aktywna działaczka zespołu „Wspomnienie” – Stefania Dłutowska podzieliła się z nami nie tylko przepisem na „Smażonkę wielkanocną”, ale i tradycją od lat praktykowaną wśród członków zespołu.

– Od około 15 lat nasz zespół spotyka się na śniadaniu wielkanocnym – relacjonuje. – Może nie w Wielką Niedzielę, bo ten dzień spędzamy z rodzinami, ale zawsze w okolicy świąt Wielkiejnocy. Wówczas każdy z nas przynosi swój specjał. Ja wykonuję mazurka i gotowaną babkę. Inni przynoszą białą kiełbasę z chrzanem, jajka w majonezie, jajka nadziewane pastą rybną, wędliny, owoce, a każdy półmisek z jedzeniem jest udekorowany wiosennymi nowalijkami.

Tradycją wśród członków „Wspomnień” jest także dzielenie się jajkiem, składanie sobie życzeń i zabawa w delikatną wersję śmigusa-dyngusa.

– Smagamy się lekko palemkami wierząc, że to przyniesie nam szczęście – śmieje się pani Stefania. – Recytujemy przy tym krótką rymowankę „palma bije, nie zabije”, jak to się kiedyś mówiło.

A co takiego kryje się pod wspomnianą „smażonką wielkanocną”? Okazało się, że tradycję przygotowywania tego dania do domu pani Stefanii wniósł jej mąż pochodzący z Legnicy.

– Smażonkę przygotowujemy następująco… Kroimy drobno boczek wędzony i kiełbaskę, np. polską i podsmażamy dodając sporą ilość masła – wyjaśnia. – Następnie wrzucamy do tego jajko surowe oraz ugotowane i pokrojone. Dodajemy także sporo chrzanu, a na końcu twaróg. Choć danie to nie wygląda zbyt ładnie, jest przepyszne! Polecam każdemu.

Ewa Stałkowska z Koła Gospodyń Wiejskich w Biskupicach zdradziła nam przepis na swój popisowy pasztet z królika, według którego porcjujemy mięso, a następnie gotujemy je na wolnym ogniu przez 3, 4 godzin wraz z włoszczyzną. Należy jednak pamiętać, by nie dodać dużo wody – tyle, by zakryła produkty.

– Na wierzch również kładę kilka sztuk włoszczyzny. Następnie, po ostygnięciu, oddzielam mięso od kości – opisuje. – W międzyczasie na maśle podsmażam cebulkę i pieczarki. Ich ilość jest dowolna. Kolejny krok to kilkukrotne zmielenie mięsa, warzyw wyjętych z wierzchu bulionu i podsmażonych produktów. Dodaję do masy nieco bulionu, ale najpierw oddzielam od niego króliczy tłuszcz. Dokładam do tego 4, 5 surowych jajek i szklankę bułki tartej oraz przyprawy – imbir, majeranek, gałkę muszkatołową, sól i pieprz. Oczywiście w ilościach dowolnych.

Tak przygotowaną masę należy przełożyć do foremek, pani Ewa używa tych podłużnych, by pasztet można było łatwo pokroić. Ostatni krok to godzinne pieczenie pasztetu w piekarniku w 180 stopniach. I gotowe!