Wojciech Polak: Szafa Kiszczaka to bardzo istotny aspekt

Sprawa Lecha Wałęsy opanowała większość środków masowego przekazu. Dziennikarze podkreślają sensacyjne aspekty teczek „Bolka”. Zapominają, że całą kwestię wyjaśnili już przed laty Sławomir Cenckiewicz i Piotr Gontarczyk w swojej znakomitej książce „SB a Lech Wałęsa”. Nie pozostawia ona żadnych wątpliwości co do tego, kim był „Bolek”. Oczywiście, pozyskane z domu pani Kiszczakowej akta są interesujące. Dostarczają one szeregu informacji dotyczących rewolty grudniowej 1970 r. w Gdańsku, dowiadujemy się z nich także szczegółowo na kogo donosił „Bolek” i o jakich sprawach opowiadał. Ale podstawowe ustalenie dotyczące identyfikacji „Bolka” zostało już ostatecznie poczynione w 2008 r., wraz z ukazaniem się dzieła Cenckiewicza i Gontarczyka.

Bardziej istotny jest inny aspekt sprawy. Jest nią owa, słynna już dzisiaj, „szafa Kiszczaka”. Jeszcze niedawno osoby, które twierdziły, że w domach i piwnicach wielu dawnych esbeków znajdują się rozliczne dokumenty z okresu PRL, mogące służyć (lub po prostu służące) do szantażu, uważano za „oszołomów” hołdujących teoriom spiskowym. Dzisiaj mamy kolejny bardzo mocny dowód na to, że takie prywatne archiwa istnieją. Trudno też wątpić w to, że były one wykorzystywane do niecnych celów.

O tym, że dawni esbecy mają swoje archiwa przekonałem się niegdyś na przykładzie własnej publikacji. Otóż w 2004 r. zamieściłem w jednej z gazet toruńskich artykuł o aresztowaniu w Grodzie Kopernika Jacka Kuronia w czerwcu 1980 r. W artykule tym przytrafiła się drobna pomyłka w jednej z dat dziennych. Po kilku dniach dostałem anonimowego maila, w którym ktoś zwrócił uwagę na nieścisłość. Widać było, że autor anonimu znał świetnie dokumenty z których korzystałem. Formalnie jednak byłem pierwszym historykiem, który zajrzał do odnośnej teczki IPN. Z całą pewnością autorem maila był dawny funkcjonariusz SB z Torunia, posiadający w swoim archiwum odpis odpowiednich akt. Jak wielkie było to archiwum i kto był jego właścicielem? Nie wiem.