Wypadek na Motocrossowych Mistrzostwach Świata. Dariusz Strzelecki jest w stanie ciężkim

Po poprzedniej kraksie miał wstać z łóżka po dwóch latach. Po pół roku wrócił do ścigania na motocrossie. Teraz też bliscy Dariusza Strzeleckiego wierzą w jego hart ducha. Z pomocą przyszedł mu nawet Tomasz Gollob. (fot. Łukasz Piecyk)

Na odbywających się kilka dni temu w Wielkiej Brytanii Motocrossowych Mistrzostwach Świata Dariusz Strzelecki z Silna w gminie Obrowo uległ poważnemu wypadkowi. Jego stan jest ciężki. Nie wiadomo, czy kiedykolwiek stanie na nogi o własnych siłach. Dramatem zawodnika żyje nie tylko cały motocrossowy świat, ale i mnóstwo ludzi, którym Darek bezinteresownie pomagał. 

– A pamiętasz wueskę? 

– Czy pamiętam? – Darek uśmiecha się. Chwilę milczy. – Człowieku… To jak pierwszy pocałunek, pierwsze wagary. Tego się nie zapomina. 

Miał 16 lat, kiedy na podwórku przed jego domem w Silnie stanął pierwszy motor. Czarna jak smoła stodwudziestkapiątka. Złożył ją ze złomowanych części. Latem zbierał jagody, zimą puste butelki. Każdą złotówkę odkładał na motor. 

W butelkach po mleku trzymał benzynę. Przed pierwszym razem wlał do baku dwa litry. Silnik nie odpalił od razu, ale kiedy już zaśpiewał, było to jak najpiękniejsza muzyka świata. Kasku nie nałożył, bo kaski były dla frajerów. Zresztą, kto by po wsi jeździł w kasku. Sprzęgło, jedynka i delikatnie gaz. Za płotem skręcił w polną drogę. W kierunku swojego marzenia. 

Potem upłynęło trochę czasu. 

– Wiesz, jak to jest – mówi Darek. – Podnosisz szklankę z piwem. Potem drugą. A między nimi mija dwadzieścia lat. Cholera wie kiedy. Pewnego dnia stajesz przed lustrem i lekko zdziwiony stwierdzasz, że nie ma już tamtego chłopaka, który jeździł po wsi złożoną przez siebie wueską. Widzisz gościa z pierwszymi zmarszczkami i siwymi nitkami we włosach. Wchodzisz na wagę i odczytujesz wyrok: 130 kilo. Jesteś teraz facetem w średnim wieku. Masz rodzinę, dobrą robotę, przepisowy „mięsień piwny” i z grubsza dwa wyjścia: albo idziesz do knajpy na kolejne piwo, albo bierzesz los za pysk. Przypominasz sobie, że miałeś kiedyś marzenia. 

Dariusz Strzelecki wybrał to drugie. 

W wieku 35 lat kupił sobie pierwszy z prawdziwego zdarzenia motocykl motocrossowy. Aby w ogóle móc na niego wsiąść, musiał zgubić „parę” kilo. Zrzucił 40. Rozpoczął regularne treningi. Dokładnie w chwili, kiedy inni jego rówieśnicy kończyli kariery, on zaczynał. Toteż pukali się w czoło. Nie zwracał na nich uwagi. 

– Ludzie nie rozumieją, że kiedy masz marzenia – możesz wszystko – dodaje Darek. – Jedyne ograniczenia masz w swoim własnym łbie. 

Kilka lat ostrych treningów i ten do niedawna otyły czterdziestolatek staje się czołowym zawodnikiem Polski w klasie Masters. Młodsi o 20 lat zawodnicy rozdziawiają z niedowierzaniem gęby. 

I wtedy jedzie do Hiszpanii. W czasie jednego z wyścigów ulega ciężkiemu wypadkowi. Łamie rękę, nogę i kilka żeber. Na pamiątkę już do końca życia będzie miał w udzie chirurgiczne śruby. Lekarze twierdzą, że będzie cudem, jeśli wstanie z łóżka po dwóch latach. 

Wstaje po trzech miesiącach. Po trzech kolejnych znów go widać na torze… 

I znów ostra jazda i sportowa radocha. I znów marzenia górą. 

Wreszcie Anglia. Mistrzostwa Świata, czerwiec 2018. Wyścig numer 2. 

Jadący przed Darkiem zawodnik przewraca się. Polak nie ma miejsca na manewr. Na dużej szybkości wpada na motor leżącego… Stojącym wzdłuż trasy kibicom wydaje się, że poprzez ryk silników słyszą trzask pękającego kręgosłupa… 

Kilka godzin później budzi się w szpitalu. Brytyjski chirurg wygląda na gościa, który zna się na swojej robocie. Zanim wyda wyrok, zastanawia się przez chwilę, jak to będzie po polsku. Coś mu mówi, że to słowo brzmi w obu językach podobnie. Paralysis. Od pasa w dół. 

– Miarą wielkości człowieka jest ilość posiadanych przyjaciół – mówi Bronisław Malanowski, krewny Darka. – Ilu możesz mieć w życiu przyjaciół? Dwóch? Czterech? Dziesięciu? W dniu wypadku, kiedy Darek leżał nieprzytomny, odebrałem chyba ze 400 telefonów z pytaniem o jego zdrowie. To wszystko w tym temacie. Z pomocą przyszedł nawet Tomek Gollob, który otworzył nam drzwi do najwybitniejszych specjalistów leczących urazy kręgosłupa. 

Co to za facet, ten Strzelecki, tu, w jego stronach, wiedzą wszyscy. 

– Darka znam od lat – mówi Andrzej Wieczyński, wójt Obrowa. – Widziałem, jak dorastał, jak odniósł sukces w biznesie. Nigdy się tym nie pysznił. Zawsze pozostał tym, kim był: chłopakiem stąd. Chętnie pomagał innym, dzielił się wszystkim, co miał. Kiedy w zeszłym roku wichura zniszczyła w Łążynku ludziom dom, firma Darka odbudowała go. Nie wziął ani grosza. Takich przykładów jest mnóstwo. O wielu pewnie nie wiemy, bo nigdy się tym nie chwalił. I teraz ten wypadek… Powstaje pytanie, dlaczego taki dobry człowiek dostaje to, na co z pewnością nie zasłużył. Ja nie wiem. Ktoś może powiedzieć, że wcale nie musiał się pchać w tak niebezpieczny sport, zwłaszcza że już raz ostrzeżenie od losu dostał. Tyle że osoby, które tak mówią, nie mają pojęcia, czym jest prawdziwa pasja. 

A może „pasja” to w tym przypadku inne słowo na „nałóg”? 

– Jeśli coś kochasz, to poświęcasz się temu bez reszty – wyjaśnia Bronisław Malanowski. –Owszem, to nałóg, ale ty chcesz go mieć. Albo żeby to on „miał” ciebie. Bez względu na cenę. Może właśnie przyszedł rachunek za spełnione marzenie? A może ten facet ma się jeszcze czegoś w życiu nauczyć? Nie na wszystko są odpowiedzi. 

Nikt nie wie, co będzie. Czy Darek jeszcze kiedyś wstanie z łóżka? Czy wsiądzie na motor? 

– Lekarze gadają, i niech sobie gadają – mówi Dariusz Strzelecki. – Wszystko jest w mojej głowie. Teraz zacisnę zęby i będę ciężko pracował, by wrócić do sprawności. I do marzeń. Boli mnie tylko to, że przeze mnie cierpią moi bliscy. I tylko o to mogę mieć do siebie żal. 

Przyjaciele są jednak dobrej myśli. 

– Z pewnością to najtwardszy facet jakiego znam – podsumowuje Bronisław Malanowski. – Już raz pokazał, że diagnozy medyczne go nie dotyczą. Że jak chce, to może wszystko. Powtórzę, bo to ważne: ten chłopak może WSZYSTKO.