Za trzecim razem zabił

Kacper nie wybiegnie już z kolegami na szkolne boisko. W jego pogrzebie uczestniczyły tłumy. Było morze łez, białe róże i żal… do organów ścigania, które nie potrafią poradzić sobie z kierowcą siadającym raz po raz za kółko po kieliszka.

Państwo Paradowscy ze Steklinka nie mogą uwierzyć w taką niesprawiedliwość. Do dziś łapią się na tym, że czekają, aż ich 11-letni syn wróci rowerkiem z boiska. Kochał grać w piłkę. Dziecko zginęło pod kołami opla kierowanego przez pijanego kierowcę w lipcu. Dziś nadal jest on na wolności, bo prokuratura nie widzi w nim winnego wypadku.

Ta sprawa bulwersuje lokalną społeczność od blisko trzech miesięcy. Rodzina i sąsiedzi nie mogą zrozumieć, dlaczego 20-letni Stanisław G. pozostaje bezkarny. Nie miał prawa się tam znaleźć w piękny, pogodny, letni wieczór. Zegar chwilę wcześniej wybił godzinę 20. Razem z kolegą postanowili odwiedzić znajomych w Steklinku. Doskonale wiedział, co robi wsiadając za kółko na podwójnym gazie. Był po spożyciu alkoholu. Późniejsze badanie alkomatem wykazało 0,42 promila. Nie miał prawa jazdy. Nigdy go nie zdobył. Za wcześniejszą jazdę po kielichu sąd wydał mu zakaz kierowania pojazdami mechanicznymi. Uderzył w Kacperka kilkadziesiąt metrów od jego domu. Dziecko nie miało większych szans na przeżycie.

– Nasz syn doskonale wiedział, jak ma się poruszać po drodze – mówi niezwykle rozgoryczony Paweł Paradowski, ojciec chłopca. – Żona była tego dnia w domu. Widziała przez okno, jak wyjeżdża z naszej posesji i skręca na drogę. Samochód nie uderzył w niego wtedy, gdy włączał się do ruchu.

Kacper miał 11 lat. Kilka tygodni temu rozpocząłby nowy rok szkolny. Zdał w czerwcu do piątej klasy. Był zawsze uśmiechnięty i pełen energii.

Zakazy miał za nic

W Steklinku znali go wszyscy. Miał kartę rowerową i na dwóch kółkach jeździł tą trasą tysiące razy. To prosta droga, przy której nie ma drzew ograniczających widoczność. Chwilę przed śmiercią przywiózł do domu lody. Potem pojechał na boisko. Nikomu nie przeszło przez myśl, że po raz ostatni.

Takich spraw, o zgrozo, co roku wydarza się wiele na polskich drogach. Zazwyczaj jednak sądy nie są pobłażliwe dla pijanych kierowców. Ta sprawa jest jednak szczególna.

– Kierowca, który uczestniczył w śmiertelnym wypadku w Steklinku został w 2014 roku zatrzymany podczas jazdy samochodem w stanie nietrzeźwości – mówi Marzena Jesionowska, zastępca prokuratora rejonowego w Lipnie. – Sąd wymierzył mu karę 8 miesięcy więzienia w zawieszeniu. Dostał on także zakaz poruszania się jakimikolwiek pojazdami mechanicznymi. Tenże złamał, w lipcu w Steklinku, bez wątpienia. Wnioskowałam o odwieszenie kary i w pierwszej instancji zapadła taka decyzja.

Adwokat Stanisława G. odwołał się od tej decyzji. Warto także wspomnieć, że wiosną tego roku mundurowi zatrzymali G., gdy znów podróżował oplem corsą pożyczonym od ojca. Wtedy był trzeźwy. Za złamanie sądowego zakazu dostał grzywnę. Rodziców bulwersuje w całej sprawie jednak coś innego.

– Kilka dni po wypadku prokurator wypuszcza zabójcę naszego syna na wolność – grzmi Anna Paradowska, rozżalona matka chłopca, która nie może powstrzymać łez. – On tłumaczy się, że Kacper wtargnął mu przed maskę. To bzdura. Przecież ślady na drodze mówią zupełnie co innego. Uderzenie było kilkadziesiąt metrów od naszej bramy. Nasz syn nie włączał się do ruchu. Byłam wtedy w domu. Nawet hamowania nie było słychać. Pędził pijany jak wariat. Pijany. Po wypadku nawet nie podszedł do dziecka. Nie ratował go. Oglądał swój samochód. Nie wiedział gdzie jest. A Kacper umierał na moich rękach.

Służby ratunkowe robiły co mogły. Pojawiły się bardzo szybko na miejscu zdarzenia. Reanimacja trwała najpierw w jednej, a potem drugiej karetce, która przejęła dziecko i wiozła do szpitala w Toruniu. Wszystko daremnie.

– W pierwszym ambulansie jeszcze mu towarzyszyłam – mówi przez łzy Anna Paradowska. – Potem kazali mi czekać. Więcej żywego już go nie zobaczyłam…

Areszt zbędny

Prokuratura od samego początku nie była jednak przekonana, co do winy 20-letniego kierowcy prowadzącego na podwójnym gazie.

– Mężczyzna miał mniej niż pół promila alkoholu – mówi prokurator Jesionowska. – To wykroczenie, którego bez wątpienia się dopuścił. Od początku różne media i rodzina atakowały mnie mocno w tej sprawie, ale ja muszę opierać się na faktach i ekspertyzach. Kierowca i jego pasażer zeznali, że chłopiec wyjechał im prosto przed maskę. Sprawę zaczął badać biegły. Zastosowałam wobec kierującego pojazdem środek zapobiegawczy, wystarczający w moim odczuciu, którym jest dozór policyjny i zakaz opuszczania kraju. Nie było podstaw do przetrzymywania go w areszcie.

Rodzice chłopca są zszokowani taką decyzją. Od początku podkreślają błędy, które ich zdaniem są popełniane w śledztwie.

– Kierowca został zbadany godzinę po wypadku – wylicza Paweł Paradowski. – Nikt nie wie, ile „wydmuchałby” chwilę po zdarzeniu. Przez godzinę zadeptywano też ślady, bo policja odgrodziła teren dopiero po kilkudziesięciu minutach. Wiele samochodów przejechało już tą drogą przez ten czas. Kogo chroni się w tym kraju? Pijanych kierowców czy bezbronne dzieci? Najłatwiej teraz zwalić winę na nieżyjące dziecko. Łatwy kozioł ofiarny.

Stanisław G. jest na wolności. We wsi wzbiera gniew, gdy znów pojawia się na tej samej trasie. Teraz jeździ już rowerem, ale skruchy rodzice Kacpra w nim nie zauważyli. Nie przyszedł nawet przeprosić. Nie czuje się winny.

Zgodnie z przepisami

Prokuratorzy nie widzą w swoim postępowaniu nic nadzwyczajnego.

– Sprawa stała się głośna, ale moi przełożeni nie dali mi odczuć, że podejmuję nietrafne decyzje – mówi Marzena Jesionowska. – Dozór się sprawdza, a kierowca stawia się w wyznaczonych terminach na komisariacie. Złamał sądowy zakaz, ale nie można mu, przynajmniej na tę chwilę, postawić zarzutu spowodowania wypadku ze skutkiem śmiertelnym.

Oliwy do ognia dolewa wstępna opinia biegłego sądowego, z której wynika, że ślady na drodze nie pozwalają odtworzyć przebiegu zdarzenia.

– Zawierzy się więc kierowcy, tak? – pyta retorycznie Paweł Paradowski. – Nasz syn już nic nie powie, więc po co utrudniać. Jesteśmy biednymi ludźmi i tracimy wiarę w sprawiedliwość.

W prokuraturze zapewniają, że dochowują wszelkich standardów.

– Sprawa badana jest z należytą pieczołowitością – mówi Marzena Jesionowska. – Rozumiem wielkie emocje, ale wszyscy musimy poczekać na finał śledztwa. Powołaliśmy kolejny zespół biegłych i wykonywaliśmy eksperyment procesowy na miejscu zdarzenia. Przygotowywana ekspertyza powinna być już ostateczną. Wcześniej trudno orzekać o czyjejś winie.