Zapłać za to, co sprzedałeś!

Ponad 4 tysiące rolników w regionie zapłaci kary za zbyt wysoką produkcję mleka. Jedni mają do uregulowania kilka, inni kilkanaście tysięcy, a rekordziści ponad milion złotych. Bo „mućkę” za dobrze karmili.

Polska przekroczyła limit nałożony przez Unię Europejską i mimo, że nikt nie wycofa już tego towaru z rynku, to ktoś musi ponieść koszty zbytniej efektywności naszych krów. Każdy gospodarz zna swoją kwotę mleczną od 2005 roku. Pomimo handlu limitami wielu osobom nie udało się zmieścić w wyznaczonej normie. Teraz przez trzy lata pieniądze za nadgorliwość i przedsiębiorczość będą im potrącane z kolejnych wypłat.

Kary nałożone zostały za poprzedni okres rozliczeniowy, który trwał od 1 kwietnia 2014 do 31 marca 2015. Rolnicy dostali pisma z wyliczeniem, jaką powinni uiścić opłatę z tytułu zwiększonej ilości mleka wprowadzonego do obiegu.

– Mamy w województwie 7525 producentów – mówi Tadeusz Zaborowski, dyrektor Agencji Rynku Rolnego w Bydgoszczy. – „Ukaranych” zostało ponad cztery tysiące rolników. Średnia opłata na gospodarstwo wynosi nieco ponad 12 tysięcy złotych. Mi trudno, jako urzędnikowi, wypowiadać się w tym temacie. My tylko wykonujemy ustawy i rozporządzenia, które od nas nie zależą. W poprzednich latach trzykrotnie mieliśmy już taką sytuację, ale mniej się o tym mówiło, bo opłata była niższa. Chociaż, jeżeli porównać cenę mleka wtedy i teraz, to wyliczana była ona na podobnym pułapie.

Za każdy „nadprogramowy” kilogram (w taki sposób wyrażane są limity) rolnik został w tym roku obciążony kwotą ponad 90 groszy. Agencja Rynku Rolnego rozłożyła naliczone kary na trzy lata.

– Mam dwadzieścia krów i dostałem pismo, że muszę oddać 28 tysięcy – mówi Wojciech Jarząbkowski z Pigży. – To nie jest wielka produkcja, to i kara jest umiarkowana. Mam kolegów, którzy muszą zapłacić blisko dwieście tysięcy. Odczują już to znacząco. Na szczęście, przynajmniej w moim przypadku, mleczarnia rozłożyła to na spłaty miesięczne i teraz określona kwota będzie odciągana od mojej wypłaty. Tylko, że ta produkcja ma jakiś poziom opłacalności. Żeby krowy dały więcej mleka, to trzeba je lepiej nakarmić, lepiej o nie zadbać, a wszystko kosztuje. Jeżeli teraz z obecnej ceny mleka odejmę to, co muszę oddać, to może się okazać, że przez ileś miesięcy będę dokładał do interesu. Chociaż jak mówię, znam ludzi w znacznie gorszej sytuacji.

Sprawa nie jest jednak tak jednoznaczna, jakby się wydawało. Inni rolnicy wcale nie zawsze solidaryzują się z kolegami po fachu.

– Bez wątpienia produkcja mleczna nie należy do najłatwiejszych – mówi Tomasz Zakrzewski, przewodniczący rady powiatu toruńskiego, rolnik. – Sam nie mam krów, bo kilka lat temu zdecydowałem o zmianie profilu gospodarstwa. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że producenci mleka płacą teraz za to, że apetyt rósł im w miarę jedzenie. Ceny były, chociażby w ubiegłym roku, dość wysokie i jego sprzedaż się opłacała. Gospodarze więc, jak rozsądni biznesmeni, inwestowali i stawiali w oborach kolejne krowy. Tylko, że w biznesie przychodzi też taki moment, że do interesu trzeba dołożyć. Działam w różnych organizacjach rolnych i były tam wnioski, żeby te opłaty pokrył rząd z budżetu. Ale inni producenci, np. buraków cukrowych, natychmiast się temu sprzeciwiali argumentując, że jak im wyrośnie więcej, to też nikt nie zapłaci im tak dobrej ceny jak ta, którą mają w kontrakcie na określoną sprzedaż.

Zakrzewski podkreśla, że jeżeli człowiek wie, że ma zapewnioną sprzedaż na poziomie 1000 czy 10 000 tysięcy kilogramów, to musi liczyć się z tym, iż wyższa produkcja spowoduje ryzyko straty. W poprzednich latach wielu gospodarzy korzystało bowiem na tym, że inni rolnicy nie wypełnili swoich limitów i Polska, rozliczana przez UE jako kraj, nie przekroczyła globalnie kwoty mlecznej. Indywidualna produkcja była więc większa niż kwota mleczna na gospodarstwo, ale kar nie było.

Rolnicy zadają jednak, dość zdroworozsądkowe, pytanie.

– Czemu tylko my mamy ponosić koszty przekroczenia limitu? – mówi Wojciech Jarząbkowski. – Przecież nasze mleko zostało już przetworzone, sprzedane i w większości przypadku pod postacią różnych artykułów zjedzone. A te produkty w sklepie nie były sprzedawane po niższej cenie. Odniesienie do biznesu jest średnio trafione, bo jak ktoś już na wolnym rynku coś sprzeda i znajdzie się na to kupiec, to potem nie przychodzi znów do sprzedawcy i nie negocjuje jeszcze raz ceny.

Są także gospodarze, którzy idą jeszcze dalej.

– Rząd nas oszukał – mówi wprost Jacek Szarszewski z gminy Obrowo, który hoduje 120 krów. – Państwo zrobiło nas w konia. Wiedzieliśmy o karach za nadprodukcję, ale nie w takiej wysokości. 91 groszy za litr? Przecież to groteska. Dożynają polskich producentów, jak tylko mogą. Dostałem rok temu 130 tysięcy kary, a w tym roku 180 tysięcy. Jeździłem, pytałem doradców rok temu, co mam zrobić, żeby utrzymać gospodarstwo na powierzchni. Kazali się ratować i zwiększać liczbę krów, żeby załatać poprzednią dziurę. Tak więc zrobiłem.

Gospodarz z gminy Obrowo kupił cielne jałówki w Holandii oraz Czechach i produkował jeszcze więcej, żeby pokryć stratę za okres rozliczeniowy 2013/2014.

– Wtedy sprzedawałem mleko po 1,5 za litr, a karę naliczyli mi 45 groszy – mówi Jacek

Szarszewski. – Nie poradzili mi jednak, żeby dokupić limit. Liczyłem na rezerwę państwa i kwotę mleczną kuzyna. Ale rząd zostawił nas samym sobie i wtedy kiedy było trzeba, nie wstawił się za nami w Brukseli. Cena mleka w okresie 2014-2015 sukcesywnie spadała – nawet do złotówki za litr. A karę naliczyli mi 91 groszy. Więc sprzedawałem mleko za 9 groszy? Przecież to jest kpina. Czesi i Holendrzy, którzy mi sprzedali jałówki, tylko czekali na „głupich” Polaków, którzy przyjadą i zostawią u nich swoją kasę. Teraz mam 180 tysięcy kary i spłacam swoje zakupy. Bo chciałem ratować gospodarstwo, gdy kazali mi oddać 130 tysięcy. Błędne koło.

Rolnik jest niezwykle rozgoryczony i trudno mu się dziwić.

– W 2002 czy 2003 roku jeździłem na szkolenia do Międzyzdrojów przed wejściem do UE – mówi Szarszewski. – Dwa tygodnie tam byłem. Ile pięknych słów nam do głów nakładli. A ja od początku mówiłem, że bogaty nie da biednemu zarobić. Czemu rolnik z Zachodu miałby się interesować naszym losem. Gówno, a nie zachód tutaj mamy.

Od tego roku nie ma już systemu kwot, ale to też wywołuje spore kontrowersje.

– Przecież po zniesieniu limitów raptownie produkcja nie wzrosła – mówi Jacek Szarszewski. – A cena mleka spadła do 70 groszy za litr. Czemu, pytam się? Bo duże koncerny zablokowały ją na takim poziomie i w nosie mają nasz interes. Nie ma w Polsce już naszych wiejskich mleczarni. Są molochy z kapitałem większościowym w obcych rękach.

Są jednak rolnicy, którzy wiedzieli, czym grozi przekraczanie limitów.

– Ja kary nie dostałem – mówi Jan Wałachowski z Brąchnowa. – Ci, którzy je dostali w przeważającej większości brali dopłaty za ilość wyprodukowanego mleka. Czasami nawet płacono im 1,7 za litr. Nikt chyba nieświadomy nie był. Wiem, że gospodarze nie mają już tych pieniędzy. Wydali je albo zainwestowali. Ale można było się tego spodziewać. Chociaż minister Sawicki parę lat temu też zrobił błąd. Bo szybciej było tak, że jak ktoś przekraczał limit, to mleczarnia od razu pobierała zaliczkę na poczet kary. Ale ministerstwo to zniosło przy oklaskach gospodarzy. A teraz skutki są takie, jakie widać.