Złotoria to „jakaś wiocha pod Toruniem”, czyli czemu młodzi piłkarze zostali zdyskwalifikowani w bydgoskim turnieju

Niesmakiem zakończył się udział młodych piłkarzy ze Złotorii w bydgoskim turnieju Salos. Gdy dotarli do finału… ich drużyna została zdyskwalifikowana w podejrzanych okolicznościach.

Ich rodzice i dziadkowie mętne kulisy piłki nożnej poznawali dzięki filmowi „Piłkarski poker”. Dziś, zniechęceni, komentują, że w tym sporcie nic się nie zmienia. Umiejętności i zaangażowanie nadal nie mają szans w starciu z przysłowiowym „zielonym stolikiem”.

Złotoria w gminie Lubicz młodymi piłkarzami stoi. By wspomóc lokalny klub „Flisak”, któremu niezbyt dobrze idzie w IV lidze, postawiono na młodzież.

– Dzieciaki namawia się do zapisywania do klubu, młodzieżowe zespoły pozwalają bowiem istnieć klubowi i dają nadzieję na przyszłość – tłumaczy Mariusz Jarlak, trener piłkarzy, a zarazem nauczyciel wf z miejscowej podstawówki. – Nasza szkoła nie dysponuje halą sportową. Ta dopiero się buduje. Zimą ćwiczymy w salce o skromnych wymiarach 9,5 na 6 metrów. Dlatego od lat szukaliśmy okazji do grania o tej porze roku w jakimś turnieju halowym, by dzieciaki mogły się rozwijać także poza sezonem.

Stąd kolejny udział dwóch drużyn ze Złotorii w rozgrywkach Salezjańskiej Ligi Bydgoszczy. Dzieci ze Złotorii pojawiły się tam po raz szósty. I dobrze je tam poznano, bo dwa razy zdobywały medale srebrne i dwa razy brązowe. Tym razem również miały szansę na złoto i brąz. Nim ją im odebrano…

– Jednak po kolei – tłumaczą rodzice. – Najpierw trzeba zrozumieć, co oznacza udział w takim turnieju. Od listopada, co kilka tygodni do bydgoskiego Fordonu jechało wiele prywatnych samochodów ze Złotorii wiozących młodych zawodników. Zaangażowanych w to było sporo osób. Mieliśmy najdłuższy dojazd, ale nie opuściliśmy żadnego meczu. Krew często nas zalewała widząc tendencyjność niektórych sędziów. Gwizdanie karnych przed końcem meczu, nieuznawanie ewidentnych bramek… Takie rzeczy zdarzają się oczywiście nawet na Mistrzostwach Świata, ale, gdy ucierpieć ma dzieciak, któremu oczy się otwierają na widok takiej niesprawiedliwości, to krew się gotuje.

Choć kilku sędziów usłyszało podobno kilka gorzkich słów, jednak oficjalnych protestów Złotoria nie składała. Nikt też nie reagował, gdy na trybunach złośliwie komentowano, że Złotoria to „jakaś wiocha pod Toruniem” i nie wiadomo, co ona tu robi. Tymczasem „wiocha” pięła się w górę jak rakieta.

– Po meczu z drużyną Salos Niebieskie Orły, który nasi młodsi z rocznika 2004 wygrali 11:1, pojawiły się zarzuty, że nasze dzieci szydzą z pokonanych rywali – wspomina trener Jarlak. – Sprawą zajął się nasz ksiądz, zrobiliśmy szybkie śledztwo. Nawet tamte dzieci z Bydgoszczy przyznały, że szydzenia nie było, po prostu nasze dzieciaki ucieszyły się z wyniku. Trudno się chyba dziwić? Na kulturę podczas takiego turnieju zwraca się szczególną uwagę. Przed meczami wszyscy się modlą, wszak całość firmują Salezjanie.

Drużyna dzieci starszych z rocznika 2002 dotarła do finału pokonując drużynę FA Bydgoszcz 4:3. Mecz w oficjalnych komentarzach uznano za wyjątkowe widowisko, a prezes stowarzyszenia Salos Bydgoszcz, Marek Sikorski, miał nawet skomentować w rozmowie z trenerem Jarlakiem, że w finale przyjdzie grać trenowanemu przez niego zespołowi SPTS Bosko właśnie z dzieciakami ze Złotorii. (Na marginesie, właśnie drużyna SPTS Bosko turniej ostatecznie wygrała). Po kilku dniach z Bydgoszczy dotarła niepodziewana informacja, że drużyna ze Złotorii została zdyskwalifikowana.

– Dzwoniono do mnie, gdyż reprezentuję Salos Złotoria – tłumaczy Miłosz Morawiak, ojciec jednego z zawodników. – Powiedziano mi, że oficjalny protest złożyła drużyna FA Bydgoszcz, która przegrała z nami 3:4, bo dopatrzyła się w naszym składzie zawodników zapisanych do klubu sportowego. Przypomniałem, że w dosłownie wszystkich startujących drużynach są dzieci należące do klubów, a nawet członkowie reprezentacji województwa. Przypomniałem też, że organizator turnieju na swojej stronie internetowej zapisał, że w związku ze szczególnym, jubileuszowym charakterem imprezy – turniej był organizowany po raz dwudziesty – dopuszcza się oficjalnie udział dzieci zrzeszonych w klubach. Nic to jednak nie dało. Skoro w waszej sprawie był protest, musieliśmy w ten sposób skargę rozpatrzyć – dano mi do zrozumienia. A może lepiej: takie ich zbójeckie prawo, oni decydują i już.

Dyskwalifikacja miała oznaczać, że wszystkie wygrane dotychczas mecze uznaje się za przegrane przez Złotorię walkowerem 0:3.

– Co do młodszych dzieci z rocznika 2004, które walczyć miały o brązowy medal, to uznano, że zagrać mogą tylko niektóre z nich, a najlepiej, gdyby przyjechał skład zapasowy – kontynuuje Miłosz Morawiak. – W tej sytuacji musieliśmy podjąć decyzję o rezygnacji z tego ostatniego meczu. Nie chcieliśmy jeszcze bardziej krzywdzić dzieciaków, dzieląc ekipę, która doszła wspólnie tak wysoko.

Pozostał niesmak. – Dla mnie sprawa jest jasna – komentuje Kuba Pietkiewicz, ojciec 13-letniej zawodniczki. – Tylko wobec naszych drużyn zinterpretowano tak pryncypialnie zapis regulaminu, gdy widać było, że zagrażamy gospodarzom. Trudno o inną ocenę.

A jak patrzy na sprawę organizator turnieju, prezes Salos Bydgoszcz Marek Sikorski?

– Zdaję sobie sprawę, że to przykra sprawa, ale inicjatywa zdyskwalifikowania drużyny ze Złotorii nie wyszła od nas – podkreśla. – Protest złożyła FA Bydgoszcz. Dopatrzono się, że w drużynie ze Złotorii wszyscy gracze byli zarejestrowani jako zawodnicy tamtejszego „Flisaka”.

Prezes zarazem przyznaje, że w większości, o ile nie we wszystkich drużynach uczestniczących w turnieju grali zawodnicy rejestrowani w klubach.

– Ale w Złotorii było ich więcej… – tłumaczy i dodaje, że młodsi mogli przyjechać i zagrać o brąz. – Nie wskazywaliśmy, który z nich może zagrać, a który nie. Kto panu to powiedział? W ich przypadku nie było oficjalnego protestu, więc mogli grać.

W Złotorii widzą to inaczej.

– Chcieli nam ustawić drużynę młodszych, najlepszych wyeliminować – potwierdza jeszcze raz Miłosz Morawiak. – Słyszałem to osobiście. Z wyraźną ulgą przyjęto też, że wobec tej sytuacji rezygnujemy z ostatniego meczu. Nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze pojedziemy na ten turniej…

– Moim zdaniem, nie pojedziemy – bardziej stanowczo do sprawy podchodzi trener Mariusz Jarlak. – Nie dziwię się, że dzieci i rodzice czują się oszukani. Po co nam ten stres i łzy? Tak się po prostu nie robi. Gdy nasza hala zostanie oddana do użytku, sami zorganizujemy podobny turniej. „Wiocha spod Torunia” umie nie tylko grać w piłkę, ma również swój honor.