Znany wszystkim kibicom żużla w Toruniu „Żaba” mieszka w Grabowcu

Wszyscy fani speedwaya rozpoznają charakterystyczną postać o siwej dziś czuprynie. To dzięki jego bezkompromisowej jeździe w latach 80. toruńskie „Anioły” święciły triumfy. Żeby zostać indywidualnym mistrzem Polski, musiał ścigać się w 1987 roku przez dwa dni. A silników do wyboru nie było tyle, co dzisiajKarierę rozpoczął późno, bo w wieku 18 lat. Robił jednak szybkie postępy. W 1977 roku zadebiutował już w ekstraklasie. Pierwszy triumf odniósł już w drugim roku startów, kiedy został srebrnym medalistą Młodzieżowych Drużynowych Mistrzostw Polski.

– Marzeniem moim i żony było osiedlenie się na wsi – mówi Wojciech Żabiałowicz – legenda Apatora. – Człowiek jest zwierzęciem stadnym, ale potrzebuje miejsca, w którym może odpocząć i naładować akumulatory. W Toruniu, gdy tylko wyszedłem na ulicę, to wszyscy mówili: „patrz, „Żaba idzie”.

Piękne lata 80.
Największe triumfy Żabiałowicza przypadają na drugą połowę lat 80. W Polsce wygrał praktycznie wszystko, co było do wygrania. Był mistrzem kraju indywidualnie i w drużynie. Wielokrotnie w meczach ligowych przywoził komplet punktów. Siedem wyścigów „za trzy” i 21 oczek lądowało na koncie lidera toruńskiej ekipy.

– Miałem w „czarnym sporcie” swoje pięć minut – mówi popularny „Żaba”. – Po zakończeniu kariery byłem przez krótki okres trenerem Apatora, ale po nieprzyjemnej sytuacji z zawodnikami, nasze drogi się rozeszły. Potem prowadziłem ekipę z Grudziądza. W tamtym okresie była to niezła paka – Billy Hamil czy Robert Dados tam jeździli. Teraz wybieram z przyjaciółmi poszczególne mecze i na nich pojawiam się na Motoarenie. Nie zasiadam na trybunie co tydzień. Ze sportu jednak nie zrezygnowałem. Zupełnie inne dyscypliny „kręcą” teraz byłego żużlowca. Startuje w biegach długodystansowych. Najdłuższe trasy, które robi, to półmaratony. Zimą jeździ na nartach. Lubi także windsurfing. Od adrenaliny jest uzależniony.

Toruń pod nogami
– Kiedyś Toruń był u jego stóp – mówi Kazimierz Musiałowski ze Smogorzewca, kolega Żabiałowicza, z którym razem biegają. – Niewielu zawodników było mu w stanie dorównać. Zaplecze techniczne było znacznie uboższe niż teraz. Większe znaczenie odgrywał talent.

Pomimo tego, że na trwałe nie jest już ze speedwayem związany, „Żaba” chętnie opowiada o żużlu.

– Kiedyś był to niebezpieczniejszy sport – mówi z perspektywy czasu. – Wszelkie zmiany, które zachodzą w rywalizacji zawodników, oceniam pozytywnie. Groźnych wypadków jest coraz mniej. I całe szczęście. Widać jednak gołym okiem, że młodzież bardzo silnie naciska na starych wyjadaczy. Tak było zawsze. Młody odkręci manetkę i idzie jak „dzik w żołędzie”. Starszy zawodnik się dwa razy zastanowi. Życie i zdrowie ma się bowiem jedno. A żużel to sport ekstremalny.

Szkolić młodych!
Legenda Apatora nie widzi najmniejszego problemu w przejściu do toruńskiej ekipy Tomasz Golloba. Kibicuje naszym rodakom w zawodach Grand Prix, ale negatywnie ocenia szkolenie młodzieży.

– Wielokrotnie zwracałem na to uwagę – mówi Żabiałowicz. – Żeby za parę lat liczyć się dalej w walce o najwyższe laury na świecie i mieć kim zapełniać piękne stadiony, trzeba postawić na pracę z juniorami. Ona nie jest łatwa i nie trwa miesiąc czy pół roku. Trzeba kompleksowego systemu. Kibice muszą widzieć w drużynie Polaków, z którymi będą się identyfikować.

Martwi byłego żużlowca również ograniczona liczba krajów, w których jego ukochana dyscyplina jest popularna. Widać jej regres chociażby w Skandynawii. W Polsce nie jest jeszcze źle, ale trzeba stale dbać o atrakcyjność zawodów, by trybuny nie świeciły pustkami.

– Ciągnie wilka do lasu – mówi Wojciech Żabiałowicz. – Nie raz pojawiają się pewne propozycje, ale przez rok czy dwa wiele się nie zrobi. By osiągać zadowalające rezultaty, trzeba czasu. To specyficzny sport. Trzeba w nim wszystko zgrać. Motocykl plus człowiek tworzą wybuchową, ale niezwykle trudną do okiełznania mieszankę.