Żyję z wyrokiem śmierci

Pod sufitem w historycznym przedsionku na pięterku Jolanta Przybylak zawiesiła pamiątkowy metalowy model łodzi latającej. (fot. Łukasz Piecyk)

Składając drugiej osobie spadochron, bierzesz na siebie odpowiedzialność za jego życie. Lotnictwo to nauka zaufania. Tam nie ma miejsca na błędy. Przez wiele lat w podniebnym życiu nie było także miejsca dla kobiet. O ich pasji i odwadze wiedziało niewielu. Dziś tę pamięć kultywuje jedna z nielicznych lotniczek w Polsce.

Siedzimy w małym przedpokoju na piętrze. Na niebieskich ścianach wiszą antyramy ze zdjęciami polskich lotniczek. Obok regały z książkami, dyplomy i pamiątki. Na stole przedwojenny egzemplarz „Skrzydlatej Polski” z 1934 roku. Wśród tego wszystkiego ona – jedna z niewielu polskich lotniczek, żywa historia toruńskiego nieba.

Jolanta Przybylak w aeroklubie znana jest bardziej jeszcze jako panna – Jola Kołodziejczak. Podniebny świat kilkunastoletniej dziewczynie pokazał dziadek – przedwojenny baloniarz, członek I Toruńskiego Batalionu Balonowego, z którym chodziła na spacery i pokazy lotnicze na toruńskie lotnisko. Mając szesnaście lat, wstąpiła w szeregi Aeroklubu Pomorskiego, rozpoczynając swoją wielką przygodę.

– Pierwszy skok ze spadochronem odbyłam 17 kwietnia w 1966 roku o godzinie 17.45 – wspomina Jolanta Przybylak. – Przy prędkości 100 kilometrów na godzinę, będąc na wysokości 900 metrów nad ziemią, musiałam wyjść na skrzydło samolotu CSS-13 i skoczyć. Instruktor Przemysław Piątkowski dopuszczał do skoku nowicjuszki dopiero wtedy, kiedy wiał tzw. damski wiatr, czyli znikomy – 1-5 m/s.

Choć na swoim koncie nastoletnia dziewczyna z Torunia miała wiele sukcesów, już wtedy podziwiała starsze koleżanki lotniczki – pionierki. Dziś kultywuje ich pamięć i, jak zaznacza, woli mówić o kobietach, które zasługują na większą chwałę.

– Jestem małym pyłem na tej lotniczej drodze – deklaruje. – Chodzi o to, aby nie zginęła pamięć o moich koleżankach, które w pionierskich latach lotnictwa biły rekordy. W październiku 1931 roku przeleciały 3 tys. km samolotem podczas I Rajdu Lotniczek Dookoła Polski.

Jedną z prekursorek toruńskich lotniczek była Jadwiga Maćkowska, współzałożycielka w 1933 roku Koła Szybowcowego. Ona także stała się jedną z pierwszych szybowcowych instruktorek w Polsce i współzałożycielką Aeroklubu Pomorskiego w 1935 roku. To tam nastoletnia Jola realizowała swoją miłość do lotnictwa. O jej pasji wiedzieli tylko mama i dziadek. Ojciec dowiedział się w chwili, kiedy miała za sobą już dziesięć skoków.

Przede mną na stole lotniczka rozkłada książki. Po chwili przynosi dokumenty – spadochronowe licencje z książkami skoków i lotów z ocenami oraz samolotową książkę lotów.

– Na koncie mam sto dziewięć oddanych skoków, ten ostatni oddałam 26 kwietnia 1970 roku – mówi. – Kilka miesięcy wcześniej -13 września 1969 roku – zostałam pierwszą toruńską spadochroniarką, która zdobyła Złotą Odznakę Spadochronową. Choć od pierwszego lotu minęło ponad pół wieku, ja wciąż czuję ten charakterystyczny zapach benzyny CSS-13 i warkot samolotu. Mając dwadzieścia lat, byłam u progu kariery. Wtedy nie było tak dobrego sprzętu szkoleniowego jak dziś. Większą wagę jednak przykładało się do dokładności i zaufania. Składając komuś spadochron, bierzesz na siebie odpowiedzialność za życie lotnika.

Mając licencję pilota i skoczka, w 1968 roku rozpoczęła szkolenia szybowcowe, po których, pod okiem pilota Franciszka Rutkowskiego, uzyskała uprawnienia do samodzielnych lotów. Podniebną pasję w 1970 roku zastopowała Jolancie Przybylak poważna kontuzja doznana po skoku, już na ziemi. Silny podmuch wiatru wypełnił niespodziewanie jeszcze niezgaszoną czaszę i pociągnął ją po murawie lotniska. Lotniczce pękły wiązadła i łąkotka w lewej nodze.

Dwuletnia przerwa w lotniczym życiorysie nie odebrała jej marzeń. Choć nie wolno było jej skakać, mogła latać. Przeszła specjalistyczne badania i ponownie mogła zasiąść za sterami szybowca.

– Moim marzeniem było samodzielne latanie na CSS-13 – wspomina. – Dzięki instruktorowi, pilotowi Edwardowi Sosnowskiemu, poznałam sztukę latania na tym samolocie. Kiedy w 1974 roku samodzielnie wzniosłam się nad ziemią, wiedziałam, że jest to jeden z najszczęśliwszych momentów w moim życiu.
Umiłowany podniebny motor, bo tak kiedyś nazywano samoloty, został z dnia na dzień wycofany z użytku.

CSS-13 na płycie lotniska został porąbany na kawałki. Jolanta Przybylak była ostatnią torunianką, która nim nad Toruniem latała.

– To był dla mnie wielki dramat – mówi Jolanta Przybylak. – Z tych szczątków wygrzebałam i schowałam wysokościomierz oraz oryginalny drążek sterowy od samolotu. To jest dziś moją największą pamiątką.
Pamiętny dla toruńskiej lotniczki jest także ostatni dzień podniebnej przygody.

– W powietrzu doznałam niedocukrzenia – opisuje. – Byłam na przelocie nad Lisimi Kątami, przygotowując się do zdobycia Złotej Odznaki. Będąc na dolocie, na wysokości 1,2 tys. metrów, zaczęłam się dziwnie czuć i trząść. Ocknęłam się na 700 metrach. Kiedy odzyskałam świadomość, zameldowałam przez radio: proszę o lądowanie z prostej. Modliłam się, aby bezpiecznie wylądować. Później już nie przeszłam lotniczych badań. Jako sportowiec-lotnik dostałam wyrok śmierci – „niezdolna do lotów i skoków”. I do dziś żyję w tej ciszy.

Choć przygoda z niebem się zakończyła, wspomnienia wciąż żyją. Jak zaznacza Jolanta Przybylak, jest szczęśliwa, ponieważ miała przy sobie prawdziwe lotnicze diamenty – ludzi, którzy zawsze ją wspierali i dbali o jej bezpieczeństwo. Miała także swoje idolki, o których dziś pisze w książce, ich zdjęcia wkleja do albumów i przygotowuje wystawy o lotniczkach na kolejne zloty, zwane Aerosabatami. Odkrywa historię tak, by już nigdy nie zaginęła w niebieskich przestworzach.