Patriotyzm gospodarczy: moda czy konieczność? Felieton Przemysława Termińskiego
W polskiej debacie publicznej patriotyzm gospodarczy powraca zazwyczaj wtedy, gdy świat zaczyna się chwiać w posadach. W czasach względnego dobrobytu uchodzi za pojęcie nieco staromodne. W końcu nowoczesność miała polegać na tym, że wszystko można kupić taniej, szybciej i najlepiej z drugiego końca świata. Dopiero kolejne kryzysy uświadamiają nam, że własna produkcja nie jest przeżytkiem, lecz jednym z fundamentów bezpieczeństwa gospodarczego.
Przez lata słyszeliśmy, że kapitał nie ma narodowości, a wolny rynek sam rozwiąże wszystkie problemy. Paradoks polega jednak na tym, że ci, którzy najgłośniej głoszą zasady pełnej otwartości, bardzo konsekwentnie dbają o własne interesy gospodarcze. Tymczasem w Polsce wciąż toczymy dyskusję, czy kupowanie krajowych produktów nie jest przypadkiem zbyt emocjonalnym podejściem do ekonomii.
Patriotyzm gospodarczy nie oznacza przecież zamykania granic ani ucieczki od konkurencji. To zwyczajna świadomość, że za polskim produktem stoją miejsca pracy, lokalni dostawcy, podatki pozostawione w kraju i przedsiębiorcy, którzy w przeciwieństwie do anonimowych międzynarodowych koncernów nie znikną z dnia na dzień po zmianie kursu walut czy politycznych nastrojów. Największą ironią współczesnej gospodarki jest chyba to, że potrafimy z dumą mówić o suwerenności energetycznej, żywnościowej czy technologicznej, a jednocześnie z pewnym zażenowaniem podchodzimy do wspierania własnego przemysłu. Jakby produkowanie było zajęciem mniej szlachetnym niż importowanie.
Być może najwyższy czas przestać traktować patriotyzm gospodarczy jak hasło wyborcze wyciągane na czas kryzysu. To nie moda ani sentyment. To chłodna kalkulacja. Bo żadne państwo nie zbudowało trwałego dobrobytu na wyprzedaży własnych kompetencji i uzależnieniu od cudzej produkcji. Historia gospodarcza jest pod tym względem wyjątkowo bezlitosna: rachunek za krótkowzroczność zawsze przychodzi, tylko zazwyczaj płacą go następne pokolenia.

